Działamy, działamy, maj przyszedł, czas się obudzić.

sałata w balkonowej skrzynce

Kochani ogrodomaniacy balkonowi. Kapkę był zastój, chorowało mi się i takie tam różne. Bywałam więc tylko od czasu do czasu na grupie. No tak czy inaczej, jest już dobrze, a dzięki Wam blog działa nadal.

Nie wiem jak u Was ale u mnie wiosna dała totalną plamę. Dni ciepłych było dwa. A poza nimi cały czas zimno, deszcz, szron, deszcz, śnieg, kulkograd, znów deszcz…no normalnie jakaś katastrofa pogodowa. Rozsady zrobiłam jak nie ja, bez listy. Wyciągając z kuferka z nasionami i tak bez składu i ładu z pamięci do ziemi. Już na początku zaczęły mi chorować, niedobory, jakieś nekrozy co to ma być? Tak będzie ten sezon wyglądał?

Wnerw mną targnął nieziemski, przesadziłam wszystko do nowej ziemi (planta bo nie miałam innej- nota bene nie polecam), podlałam biohumusem i….doopa, nekrozy coraz większe, liście zażółcone. Więc znów przesiadka tym razem do Wokasu z pożytecznymi mikroorganizmami. I w końcu odżyły. Piszę o tym, bo chcę Was uczulić jak ważne, poza oświetleniem i nawożeniem jest samo podłoże. Półśrodki kończą się tragicznie.

Teraz już wszytko jako tako rośnie, nie przyprawiając mnie o większy ból głowy.

Co w tym roku urośnie w balkonowym warzywniku?

Popełniłam kilka eksperymentów ze słodkimi paprykami z tacek sklepowych. Otóż, kupiłam w lutym jakąś szpiczastą odmianę o nazwie nie do powtórzenia zaczynającej się od Erebus…coś tam, coś tam. Z wyglądu Corno di Toro, ale w kolorze pomarańczowym, do tego niebywale słodka. Oczywiście najprawdopodobniej hybryda, ale co szkodzi spróbować. Z paprykami jest tak, że im świeższe nasiona tym mocniejsza roślina, dlatego bardzo lubię siać wprost z żywego egzemplarza. Drugim eksperymentem jest o podobnych walorach wizualnych, słodka Tribelli czerwona i żółta. Poza nimi wysiałam jeszcze jakieś ostre krzyżówki własnego chowu, Aji White Fantasy, bo niebywale mi posmakowała, Aji Omnicolor, bo jakoś w zeszłym sezonie przeszła niezauważenie i Sweet Bite, jako że bez nich nie wyobrażam sobie paprycznych upraw.

Co do pomidorów, to po zeszłorocznej klęsce mojej dwarfowej plantacji, trochę straciłam zapał. Ponad 70 odmian zginęło śmiercią tragiczną, bo uparłam się na ekologię. Posiałam więc tylko 10 dwarfowych odmian, oraz kilka polskich pomidorów w tym Kmicica i Jutrosza. Rzadko do tej pory gościły w balkonowym warzywniku polskie odmiany. Tyle bajecznych egzotyków miałam do wypróbowania, że zawsze schodziły na dalszy plan. Tym razem zacisnęłam zęby, nawet nie sięgnęłam do segregatora z nasionami, kupiłam 4 torebki w ogrodniczym, polskich odmian, no i zobaczymy, co to z tego wyrośnie. Kmicic od razu zaczął stwarzać problemy. Z 4 sadzonek została jedna, ale jest. Jutrosza wysiewałam w ostatnim rzucie, więc jest jeszcze malutki. To podobno odmiana odporna na ZZ liczę więc, że gdy grzyb się na jesieni rozpanoszy, Jutrosz da radę. Mam jeszcze Betę i Betaluxa. Jedna z tych odmian już gościła u mnie w donicach, ale źle ją nawoziłam i była kwaśna. Bogatsza o to doświadczenie, w tym roku przyłożę się do odpowiednich dawek magnezu, jeśli to poprawi smak, to jestem w domu, bo obie te odmiany są odporne na kapryśna pogodę, i są wielkości idealnej do donic.

Nie będzie w tym roku bakłażanów. Mam dość walki z przędziorkami, daję sobie odpocząć. Nie będzie też wczesnego rodzynka, wysieję go tym razem wprost do gruntu za kilka dni. Wracam natomiast do egzotycznej odmiany ogórka Cristal Apple. Głównie ze względu na jego plenność i całkiem sporą odporność na mączniaka. Pojawi się też groszek w dwóch kolorach i fasolka szparagowa. Na razie wszędzie gdzie było miejsce wysiałam szpinak, koperek i sałaty, z czego szpinak w dużej skrzyni jest już do zbioru. Kupiłam też białą dymkę i w każdą dziurę wetknęłam sztukę

Na jesieni pozbyłam się wszystkich truskawek. Były na balkonie już 4 sezony i stały się siedliskiem takiej ilości kłopotów, że czas było je wymienić. Niestety udało mi się kupić tylko jakieś całoroczne no name o mocno fuksjowym kolorze kwiatów. Czas pokaże czy ta zamiana będzie udana.

Groszek posiałam w donicy do pomidorów, kupiłam ją na wyprzedaży ( bo normalna cena totalnie mnie odstraszała), by wypróbować zgodnie z przeznaczeniem na jakimś pomidorze, bo plastikowa klatka wydaje się być dobrym rozwiązaniem dla jakiegoś wyższego krzaczastego tomata, ale gdy 2 tygodnie w jedyny ciepły i słoneczny dzień tej wiosny, zabrałam się za siewy, zobaczyłam oczami wyobraźni kwitnący groszek oplatający barierki i nie mogłam się powstrzymać Wysiałam więc mix cukrowego z fioletowym, i niech sobie rośnie, a co.

Cały czas zastanawiam się czego jeszcze spróbować z warzyw, czego nigdy nie próbowałam w donicach i powiem Wam, że jest coraz trudniej. Może poza niektórymi korzeniowymi (skorzonera, pasternak) nie mogę nic znaleźć. Przerobiłam krzaki owocowe, a nawet drzewka, miałam ogórki, dynie, cukinie, kabaczki. Wszelakich odmian pomidory, papryki i bakłażany. Okrę, pepino, kiwano, cucamelony, melony i arbuzy. Mam winogrona i kiwi. Naprawdę nie wiem. Jeśli macie dla mnie jakieś warzywniczo-donicowe wyzwanie to chętnie je podejmę. Dajcie tylko znać.

Z ogrodniczym pozdrowieniem Anja

Zrzutka na hosting dla balkonowego warzywnika

Zrzutka na hosting dla balkonowego warzywnika

Drodzy czytelnicy.

Jak wiecie miejsce to powstało z niematerialnej potrzeby dzielenia się moimi doświadczeniami. Naiwnie broniłam się rękami i nogami przed reklamami na blogu. Nie pisałam też artykułów sponsorowanych w formie pieniężnej. I oto….nastał dzień w których rachunek za hosting najzwyczajniej przerósł moje możliwości. W pierwszej wersji kosztować bez miał 800 zł. Zaskoczyło mnie to zupełnie, bo rok rocznie płaciłam około 400 zł plus utrzymanie domeny, czyli jakieś 620 zł. Okazało się że treści blogowe swoje ważą i aktualnie strona zajmuje prawie 70Gb. Pakiet musi więc być 100Gbajtowy. Po negocjacjach z Nazwa.pl ( jestem ich klientką od wielu, wielu lat, dużo dłużej niż istnieje ten blog ) udało nam się zejść do ok. 500 zł plus opłata za domenę i nadal jest to jednorazowo dużo za dużo dla mnie.

Zastanawiałam się czy w ogóle dzielić się z Wami tym moim zmartwieniem, ale zerknęłam w Google Analytics i wygląda na to, że zagląda tu całkiem spora grupa człeniów. Nie mówiąc o tym, że nasza fejsbukowa grupa dobiła do 1000 członków. Jak więc mogę tak bez słowa zniknąć z internetu. Nie mogę.

Pomyślałam o zrobieniu bazarku na rzecz bloga, ale czas nagli, a termin regulacji opłat jest niesłychanie bliski. Bazarek więc pojawi się w przyszłości jeśli zajdzie taka potrzeba, tymczasem…

Zdradziłam się z kłopotem moim moderatorkom z Facebooka i postanowiły wziąć sprawę w swoje ręce. Tak oto powstała zrzutka na rzecz opłat za utrzymanie bloga w sieci: Nie pozwól uschnąć ogrodniczej pasji, zasadź złotówkę!

Jestem niebywale wdzięczna za Wasze zrozumienie i chęć pomocy. Tylko 18 osób zdołało już zebrać kwotę, która w sporej części pokryje koszty utrzymania bloga przez cały rok. Jest to dla mnie tym cenniejsze, że w czasie pandemii każdy obraca złotówkę kilka razy w ręku zanim ją wyda, a potrzebujących jest wielu i ja to doskonale rozumiem. Tym niesamowitsza jest dla mnie chęć pomocy z Waszej strony.

Chciałabym jakoś podziękować tym którzy wparli blog i wymyśliłam, że zrobię dla Was webinar. Dla osób które wpłaciły i wpłacą na zrzutkę odbędzie się webinar na temat jaki sobie wybierzecie.

Jesteście najlepsi ever, i będę pisać dla Was ile sił starczy 🙂

Z ogrodniczym pozdrowieniem Anja

Podsumowanie sezonu 2020 i kilka słów o planach na ten sezon.

Podsumowanie sezonu 2020 i kilka słów o planach na ten sezon.

Z racji na mnogość zmian w moim życiu, które przyszły wraz z Covidem, blogowanie zeszło na dalszy plan. Zajęłam się na poważnie zoopsychologią i trenerką, wróciłam też do szycia i powolutku rozkręcam działania w stronę stworzenia firmy produkującej akcesoria dla psów. Z czegoś trzeba żyć, a blog to tylko wydatki niestety. Nie chcę jednak go zarzucać, wiem bowiem, że po 5 sezonach, zgromadziłam jednak skromne grono czytelników 🙂

To dla Was będę ile sił mi starczy, kontynuować dzieło. Jeśli jednak chcecie się szybko ze mną skontaktować, to polecam stronę blogu na facebooku, oraz grupę. Tam przeniesie się spora część działań. Będą pojawiać się info o webinarach, bo planuje takowe na ten sezon i inne perełki. Tu nadal będę opisywać swoje zmagania z warzywnictwem, pisać artykuły i dzielić się z Wami wiedzą. Nie obejdzie się tez bez prywatnych rozważań 🙂

Sezon 2020

Był trudny. ZZ wpakowała mi się na balkon, chyba po raz drugi odkąd uprawiam na nim warzywa. Pogoda była kapryśna, zbiory umiarkowane. Sporo pomidorów i papryk popsuło się na krzakach, przez ulewne deszcze. Trzeba było czujnie zbierać owoce gdy tylko się zarumieniły. Mam nadzieję, że ten sezon będzie łaskawszy. Zima była prawdziwa, z mrozem i śniegiem, to może i lato będzie mniej kapryśne.

Balkonowy Warzywnik w mediach.

Otóż zostałam poproszona o wywiad dla łódzkiej telewizji lokalnej. Nagrałam krótki materiał 🙂 ale powiem Wam, że nie było to dla mnie łatwe. Sztywna byłam jak kij przed okiem kamery, z resztą sami zobaczcie

Byle do wiosny

Teraz czekam na kolejny sezon, który tuż tuż. Mam zamiar okroić obsadę balkonową do niezbędnego minimum. Pierwsze siewy papryk planuję na połowę lutego. Ostre ograniczę do dosłownie kilku doniczek. Balkon konstrukcyjnie troszkę budzi moja niepewność. Już w zeszłym roku zaczął kruszyć się od spodu. Nie chcę doprowadzić do katastrofy budowlanej, więc sukcesywnie go odchudzam. Ale pojawią się też nowości. Ze wszystkiego będę zdawać relacje na bieżąco.

z ogrodniczym pozdrowieniem Anja

Kilka słów o hartowaniu i video wycieczka po balkonie

Kilka słów o hartowaniu i video wycieczka po balkonie

W końcu maj. W końcu, bo już mam serdecznie dosyć rozsad w mieszkaniu. Co roku przychodzi ten moment. Gdzie nie spojrzysz stoją rośliny.

Na stoliku kawowym – rozsady.

Na parapetach rozsady.

W kuchni – rozsady. I to w dużej ilości.


W taki deszczowy, zimny dzień jak dzisiejszy po domu chodzi się slalomem, a każde miejsce do którego chociaż trochę dociera światło jest obstawione stojakami. Na szczęście jeszcze tylko dwa tygodnie, i mam nadzieję uwolnimy się.

Tymczasem nagrałam lilmik. Nic ważnego, ot jak wygląda teraz taras i codzienna rutyna hartowania rozsad.
I przy tej okazji  kilka słów właśnie o hartowaniu.

Hartowanie rozsad

Hartowanie rozsad to nic innego jak stopniowe przyzwyczajanie młodych roślin do trudnych warunków atmosferycznych, panujących poza przyjemnym, ciepłym mieszkankiem. Dla rozsad parapetowych jest to szczególnie ważny proces, a to z tego względu, że często trzymamy je w warunkach powodujących mocne wydalikacenie.
Rozsada produkcyjna jest uprawiana w kontrolowanych warunkach wysoce zoptymalizowanych. Dobre oświetlenie, regulowana temperatura powietrza niższa w nocy, wyższa w dzień. Regulowana temperatura podłoża.

Na parapetach nie ma tak dobrze. Tu jest, jak jest. Za gorąco, za ciemno, a czasem za zimno. Skutkuje to często wyciągnięciem rozsad, niedoborami i trudniejszą aklimatyzacją do nowych warunków. To tak jak małym dzieckiem nie wychodzącym na regularne spacery w zimie, wiadomo co się dzieje, byle wietrzyk i zapalenia ucha czy oskrzeli gotowe. Parapetowe rozsady to taki przeciepluszony maluch, dlatego hartowanie należy zaczynać bardzo ostrożnie.

Etap 1

Pierwsze spacery zaczynamy w ciepły, spokojny, niezbyt słoneczny dzień, gdy nasze rozsady mają już dobrze rozwinięty system korzeniowy. Mniej więcej 3 tygodnie przed wysadzeniem ich na miejsce właściwe. Nie należy się z tym zbytnio śpieszyć. Jeśli akurat na dworze wieje lub świeci ostre słońce musimy sztucznie stworzyć takie warunki. Wyznacznikiem jest temperatura, ma być powyżej 15 stopni. Trzeba rośliny osłonić od ewentualnego zbyt dużego wiatru, i nadmiernego słońca. Najlepiej postawić je blisko budynku. Godzina na początek wystarczy.

Zabieg powtarzamy codziennie zwiększając ilość czasu przebywania roślin na dworze. Po 3-4 dniach nasze rośliny są gotowe na kolejne wyzwanie.

Etap 2

Czas na wietrzyk i słońce. Ja w tym etapie, ustawiam rozsady na godzinę w mocniejszym słońcu i nie osłaniam przed wiatrem. Oczywiście mówię o normalnym wietrzyku, nie o huraganie. Trzeba zajrzeć do nich conajmniej 2 razy, sprawdzić czy nie omdlały, bo może tak się zdarzyć. Wtedy trzeba wynieść je do cienia i koniecznie skontrolować nawilgocenie podłoża. Niektóre delikatniejsze papryki zaczynają w ostrym słońcu gwałtownie blaknąć. Takie poparzenie zdarza się szczególnie odmianom o ciemnych liściach. Jeśli zauważycie takie zmiany:


natychmiast w cień z delikwentem.

Po godzinie osłaniam je i pozwalam zostać na dworze w sprzyjającej temperaturze. W zasadzie aż do wieczora, pod warunkiem że nie zacznie mocno padać, albo wiać.

Etap 3

Końcowy etap hartowania. Rozsady wystawiam rano, a chowam dopiero wieczorem, unikając jedynie temperatury niższej niż 13 stopni, mocnego wiatru i ulewnego deszczu. Trzeba sumiennie pilnować podlewania, gdyż w słońcu i wietrze wilgoć z niewielkich pojemników paruje w oka mgnieniu. Zaniedbanie tego skończy się nie tylko omdleniem sadzonki, ale też niedoborami, które pojawią się jeśli zdarzy nam się kilkukrotne przesuszenie rozsady. To efekt nagłego zahamowania pobierania składników odżywczych. Może też spotkać je w wyniku przesuszenia nadmierne zasolenie podłoża ( jeśli podlewacie rośliny nawozem ) i w konsekwencji trudne do naprawienia rozchwianie mineralne.

Moje rozsady są już na 3 etapie co prezentuje mój fim.

Ciekawych zapraszam do oglądania

Marzec, kwiecień…maj

Marzec, kwiecień…maj

Marzec już dawno odszedł  do krainy wspomnień, a i kwiecień dobił do  końca. Mimo panującej epidemii, życie toczyło się swoim rytmem. Większość potrzebnych zasobów miałam i siewy przebiegały bez zakłóceń. Znim wirus wkroczył z impetem w naszą codzienność kupiłam ziemię. Nawozy i wielodoniczki mam z poprzednich lat. Podobnie jak trochę środków wspomagających. Plan był taki, że miałam się ograniczać, a zamiast tego wysiałam wszystkiego dwa razy więcej. Jeszcze przed “pandemią” zaopatrzyłam się w podwyższone grządki, które miały posłużyć za lokum dla borówek. Niestety tych raczej teraz nie kupię, nie uśmiecha mi się bowiem jeździć do miasta do centrum, a krzaki przez internet okazały się totalną porażką. Chciał nie chciał, wróciłam do zalania parapetów falą rozsad. Dużo pomidorów, ale też słodkich papryk i rodzynków. Zrobiłam poza tym sporo rozsad sałat rzymskich i dosiewam je sobie regularnie, by mieć zbiory rozłożone w czasie. Wróciłam do pomysłu posiania buraków, kapust i brokułów. Wysiałam cebulę i szczypior czosnkowy. Niestety słabo mi wzeszły.

Pomidory, które wysiałam pod koniec lutego z niejasnych dla mnie przyczyn pochorowały się. Wyglądały jakbym je przelała, choć nie miało to miejsca.  Nie wszystkie, ale spora ich część. Nie ratowałam ich w zasadzie. Zdecydowałam się na wersję – “przetrwają najsilniejsi”. W ten sposób z 40 sztuk zostało mi 12, a na koniec 6. Poległy takie odmiany jak Dzieckij Słodkij czy Bohun. Pochorowało się Znamienite Bycze Serce, które w zeszłym sezonie biło rekordy plenności. Trudno. Z perspektywy czasu sądzę, że problem pojawił się z powodu zbytniego przesuszenia podłoża a potem obfitego podlania.  Nie byłam na miejscu cały czas, nie kontrolowałam więc wilgotności powietrza i podłoża należycie. Nie miałam tez cierpliwości z leczeniem, bo spokojnie dało by się je uratować. Pozostało z zimowego eksperymentu kilka pysznych odmian i wystarczą mi one na wczesne zbiory. Nowe zasiewy tylko przy kilku odmianach miały podobny problem, ale szybko sobie z nim poradziłam, mogąc reagować na bieżąco. Trochę problemów stwarzała niestabilna aura. Gdy było gorąco podłoże w kubkach nieomal się gotowało, gdy z kolei robiło się chłodno temperatura przy szybie robiła się dla młodych rośłin nieznośna. Z tego powodu zaczęły szczególnie te ustawione najbliżej okna wykazywać przeróżne niedobory temperaturo zależne. Pojawiły się fioletowe spody liści i zażółcone między nerwami końcówki. Nie dziwota gdy w korzeniach raz było ze 40 stopni a potem raptem 15. Musiałam zasłonić wszystkie kubki białymi kartkami i pilnować rotacji, tak by żadna sztuka nie była wystawiona na tak nieznośne warunki cały dzień. Uroki parapetowej uprawy rozsad

Pięknie rosły papryki. Nadal oczywiście rosną, dawno nie miałam takich dorodnych sadzonek. Mam takie zatrzęsienie ostrych odmian, że już zastanawiam się co z nimi będę robić. Moja spiżarka jest pełna suszu z poprzednich lat. W tym roku trzeba im jakiegoś innego przeznaczenia. Może jakieś pasty…?

Nie obyło się oczywiście bez nieprzyjemności. Taras opanowały ślimaki. W zeszłym roku jakiś skubaniec narobił dzieci i podrzucił mi potomstwo w truskawki. Jak tylko zrobiło się cieplej, latorośle wyruszyły na żer. Zjadły mi wszystkie wczesne sałaty, podgryzły nowe pędy truskawek i zabrały się za fioletowy groszek, który dopiero co wyszedł z ziemi. Żarty się skończyły czas wytoczyć działa. Mam ja w zaciszu kuchennej komórki piwo o wdzięcznej nazwie “Rzeźnik” przywiezione z gór przez znajomego. Czekało najwyraźniej okazji, by stać się godnym swego imienia.

 

Nie tylko ślimaki postanowiły urozmaicić mi front wiosennych robót balkonowych. Napadła mnie zielona mszyca. A w zasadzie nie mnie osobiście, tylko poziomki i truskawki, I o ile te drugie radzą sobie z paskudą, to poziomki mają spory problem. Dodatkowo siadła na właśnie pąkujących Kiwi. Ręczne masowe morderswo stało się moją codziennością, podobnie jak oprysk z czosnku. Niestety ten okazał się dla młodych listków Kiwi zbyt mocny. Poparzyłam biedactwo. Mam nadzieję, że mi wybaczy ;(

Kiwi było impulsywnym zakupem w Mrówce w czasie mojej ostatniej wizyty w Kielcach. Chociaż było strasznie zimno w zasadzie od razu po przywiezieniu posadziłam je do skrzyni. I dobrze zrobiłam, Bardzo zwlekało z wypuszczeniem liści, ale teraz wygląda na to, że będzie ładnie rosło. Miałam już kiedyś mini kiwi na balkonie, niestety kupione na targu bez oznaczeń odmiany i informacji czy jest samopylne, czy też potrzebuje partnera. Nigdy nie owocowało, więc w desperacji wysadziłam je pod płot do gruntu i słuch po nim zaginął. Tym razem kupiłam 2 krzaki samopylne i 2 potrzebujące towarzystwa o odpowiedniej płci. Bardzo jestem ciekawa efektu.

Pięknie wypuściła liście Hortensja. W zasadzie myślałam, że nie przeżyje zimy bo zostawiłam ją w małej doniczusi na tarasie, a tu proszę. Niespodzianka. Muszę ją koniecznie przesadzić do większego lokum.

Winogrona ładnie odbiły, choć niestety zbyt późno jeden krzak przycięłam. Soki już w nim ruszyły. Ech. No trudno, jakoś da radę. Zasmarowałam pastą ogrodniczą i przestał płakać. Nie mam doświadczenia z winogronem.

Pogoda ładna, więc co dzień rozsady łykają słonka i wiatru. Ten ostatni nie opuszcza nas prawie wcale niestety. A dziś w końcu spadł deszcz. Cieszy mnie to niezmiernie, bo zasoby deszczówki już dawno zniknęły.
Jeszcze 2 tygodnie i będzie można wysadzać na stałe miejscówki. Nie mogę się doczekać, bo gdzie się nie odwrócę to jakieś sadzonki.
Z ogrodniczym pozdrowieniem Anja

Luty-2020

siewki

Za oknem pada śnieg. Chyba drugi tej zimy, ale i on stopnieje gdy tylko dotknie ziemi. Jest na plusie. Niewiele ponad zero, ale jednak.

Wysiałam…

Parapet w salonie zapełniły pierwsze rozsady. Mam już wysiane papryki i bakłażany. Zupełnie wyjątkowo doszły do nich pomidory. Sama nie wiem czemu w tym roku wysiałam tak wcześnie pewną ich część. Zawsze hamuję wszystkich zapalczywych, bo nauczona doświadczeniem wiem, że sianie w lutym pomidorów bez growboxa z dobrym oświetleniem to z lekka absurdalny pomysł, a w tym roku nie wytrzymałam. W nagłym impulsie, tchnięta chwilową niepoczytalnością, pomyślałam – ” robię w tym roku sadzonki wierzchołkowe”. Pomysł nie wydawał się taki głupi, do czasu gdy wszystko zaczęło kiełkować. A ja się teraz mocno zastanawiam, w którym momencie uderzyłam się w głowę przed tą decyzją. Jeden parapet już mam zajęty, a w inkubatorze czeka 20 sztuk bakłażanów, a bateria papryk już za chwilę będzie do wysadzania w większe doniczki. Gdzie ja to zmieszczę? Nie wiem. Ale to coroczny problem, nic nowego. Na pewnych błędach człowiek się uczy, a inne powiela w nieskończoność. Taka natura.

Wysiałam też sałaty rzymskie i kruche na rozsadniku balkonowym. I szpinak. Ciepluszę go pod włókniną, bo aura jest kapryśna. Jednego dnia 12 stopni, a kolejnego zero.

Historia Bohuna

Znalazłam pewne zgubisko. Otóż dawno, dawno temu jeszcze gdy taras był dopiero raczkującym balkonowym warzywnikiem ( możecie sobie wyobrazić jak dawno – naście lat temu) kupiłam torebkę nasion pomidora o wdzięcznej nazwie Bohun. Myślę, że wszyscy kojarzą powieściowego Bohuna i jego uparty charakter Otóż próbowałam kilka razy na przestrzeni tych nastu lat, i z paczki grubej od nasion ani razu żadne ziarenko nie wykiełkowało. Wkurzyłam się i ciepnęłam Bohuna w jakiś karton razem z różnymi zapomnianymi przydasiami. Tydzień temu, robiąc porządki w suterenie znalazłam ten karton. Normalny człowiek torebkę z napisem ważne do X 2006 roku wywaliłby do śmieci, ale nie ja. Złapałam pierwsze pudełko plastikowe z szafki, dałam na spód papierowy ręcznik, i wysypałam nań całą zawartość torebki z Bohunami. “Ty uparty ośle, albo kiełkujesz, albo czort z tobą” I wiecie co się stało? Otóż tak, mam teraz cztery miniszklarenki małych Bohunków Bardzo to dziwne, czekał przepraszam, tyle lat olewając moje wysiłki, a teraz wykiełkował prawie z połowy nasion.

pomidor Bohun

Bohun jak z opisu wynika jest wczesnym wiotkołodygowym pomidorkiem samokończącym idealnym do donic, ale w każdej szklarence mam ich 12 sztuk ( wybrałam najlepiej rokujące kiełki) co daje pluton z okładem. Co ja zrobię z taką ilością :club2:
Na razie niech rosną. Zobaczymy.

Projekt pomidor

Jeszcze nie ma oddzielnego wpisu na jego temat, ale narodził się w zasadzie w styczniu. Przewiduje testowanie różnych zabiegów pielęgnacyjnych z użyciem przeróżnych gotowych środków. I śpieszę donieść, że trzy testowe sadzonki mają się dobrze. Jedna została już potraktowana Chikosem, druga Algeen-vitem. Może te nadprogramowe Bohuny włączę do testowania.

 

Co z tą książką?

No cóż. Został mi rozdział o chorobach, który jest dość obszerny, a nie mam do niego wszystkich zdjęć. Ale nie to jest główną przyczyną zastopowania prac. Dotknęła mnie bardzo nieprzyjemna sprawa ze sprzętem komputerowym. Mój MacBook Pro po bezmała 3 latach, uległ niespodziewanej, niczym nie sprowokowanej awarii, oj nerw mnie bierze na samą myśl. Opiszę tę sprawę, bo to szczyt wszystkiego moim zdaniem. Firma Apple, którą uważałam jako jedną z nielicznych za godną zaufania, okazała się być producentem elektrośmieci, w niepoważaniu mającym zarówno planetę, jak i własnych klientów. To materiał na oddzielny wpis, który poczynię gdy tylko troszkę spadnie mi ciśnienie, bo nie chcę dostać wylewu przy jego pisaniu. Tak więc, nie mam komputera, część treści książki wyjechała razem z nim do serwisu w Bydgoszczy, a koszt naprawy przekracza moje finansowe możliwości ( ponad trzy tysiące złotych). Tylko dzięki laptopowi mojej córki mogę jakoś ogarniać blog i inne komputerowe kwestie, ale redagowanie na nim poradnika jest niewykonalne. Prace więc stoją w miejscu. Przykro mi. Zastanawiam się nawet czy  zamiast upierać się przy jego kończeniu, nie pozamieniać tego co już napisałam na zeszyty w częściach. Sama już nie wiem.

Z ogrodniczym pozdrowieniem Anja.

 

Trudny czas dorastania

Trudny czas dorastania

Jak myślicie? O czym będzie? O rozsadach….

a guzik prawda, będzie o nastolatkach. Tak się składa, że mam teraz w domu trzy sztuki. Ale będzie o tej psiej 🙂

Czas dorastania jest przedziwnym czasem. Wszystkie emocje na raz dopadają delikwenta, nie dając mu czasu na zastanowienie się czy jego reakcja jest adekwatna do przyczyny. I dotyczy to zarówno ludziowych nastolatków, jak i psich.

Nikita wchodzi w 9 miesiąc swojego życia, i jest przekochaną psicą o wielu zaletach, ale też świeżo upieczoną nastolatką otoczoną przez nadmiar bodźców. Nadal nakręca się niemożliwie na psie towarzystwo, zaczynając każde spotkanie od całego repertuaru sygnałów grożących. Nadal nie jest w stanie trzymać nerwów na wodzy, gdy jakieś psisko wyjapi się na nią z nienacka. Pyskówka w takiej sytuacji jest nieziemska.

A na dokładkę z każdej strony czai się niebezpieczeństwo, i niczym potwór z dziecięcej szafy, straszy, nie dając wytchnienia starganym nerwom. Dla Nikity, takim potworem jest miasto w dzień. Hałas, miliony pomieszanych zapachów, ludzie, którzy zachowują się bez sensu i psy przyczepione do tych ludzi, ciągane po ziemi gdy tylko pojawia się na ich horyzoncie…samochody, ptaki, koty…ajajaj. “Jak tu spokojnie wyjść na siku, kiedy wszyscy się na mnie uwzięli.”

W domu jest najgrzeczniejszym psem świata, przytulaśnym i mizialskim, na spacerze staje się drapieżnym łowcą, dybiącym na życie każdego gryzonia, a na treningu skupionym sportowcem, dla którego największą motywacją jest szarpak z piłką.

A ja w tym wszystkim jestem nadopiekuńczą matką, która stresuje się równie mocno, co jej psie dziecko, czy jest czy nie ma czym się stresować. Jak to się stało?

Zaraz, zaraz…kto w tym domu chciał psa?

Zabijcie mnie, nie wiem. Przerasta to moje pojęcie o wyobrażeniu. Kiedy Amira odeszła, powiedziałam wyraźnie, cytuję: ” Nigdy więcej nie chcę psa”. Jej ostatni rok życia i śmierć, były dla mnie tak bolesnym przeżyciem, że do dziś czuję okropne kłucie w piersi gdy o tym myślę. I oto, gdy moja rodzinka wymyśliła na spółkę nowego członka, zdecydowanie różniąc się w temacie rasy, ja w zasadzie dałam się wkręcić jak śrubka w sosnową deskę, a w mym umyśle zaświeciła się żaróweczka, może tak zostać psim trenerem?

To małżonek zdecydował, że to będzie Border Collie ( Emil chciał Samojeda, Milka Szpica Miniaturowego), a ja jakoś tak z rozpędu podjęłam pałeczkę w biegu i wyszukałam tą naszą łaciatą niunię. I wtedy zrozumiałam… Kochana, to maraton, a nie sztafeta, coś Ci się pomyliło No to pięknie. Mąż w pracy, dzieci w szkole, albo na treningu, ewentualnie w odmętach internetu. Dla kogo więc ten pies? No jak? Dla mnie przecież. Będzie mi towarzyszem w domu i w pracy.

BC to wyzwanie, to więcej niż pies, wszyscy wyznawcy tej religii,  krzyczeli do mnie z internetowych ambon, jasno dając do zrozumienia, że jeśli nie wychowam naszej psiej dzidzi w odpowiedniej wierze, będzie wcieleniem szatana. Na nic Ci doświadczenie w innych rasach, na nic ogólne szkolenia behawiorystyczne. A ja umówmy się, kompletnie nie wiedziałam z czym to się je. Pies to pies przecież, tak? Nie? Zaczęłam mieć wątpliwości. BC nie wolno wybierać ze względu na urodę, nie należy kierować się kolorem, wyglądem uszu, czy trywialną chęcią “posiadania” zwierzęcego towarzysza. Jeśli zdradzisz się z takim małostkowym podejściem wśród fanów rasy, napiętnują Cię na wieki. Nie żebym się bała klątwy, ale…

Postawiłam na edukację . No bo nawet jeśli taki borderowy nastolatek  nie jest cały czas jednym okiem w piekle, to ma swoje psie problemy i trzeba być ignorantem by nie chcieć mu pomóc. Porzuciłam więc pomysły zostania psim trenerem ( klikery wiszą na kołku w szafie) i tak oto, kształcę się w psiej psychologii, jeżdżę na seminaria i warsztaty. Moim konikiem stało się zgłębianie psiej psyche, ze szczególnym uwzględnieniem rasy… ale numer.

Z każdym wspólnym dniem uczę się coraz więcej O budowaniu więzi, wspólnym przebywaniu w obopólnym komforcie i odpowiedzialności za stworzenie, które darzy mnie tak bezgranicznym zaufaniem. Cała moja dotychczasowa wiedza, wydaje się taka malutka w porównaniu z tym co pompuję sobie teraz w głowę.
Cudowna jest chęć bliskości jaką oferuje Niki. Oczywiście nie każdy Border jest taki, są i bardziej powściągliwe egzemplarze. Nikita jednak jest z tych, które chcą leżeć na ludzkich stopach, w ludzkim łóżku, czy na kanapie obok. Chce być głaskana, miziana po brzuszku, i ogarniana nieustanną uwagą. Drepcze za mną szlakiem między pokojami, jakbym miała rozpłynąć się w powietrzu, gdy tylko na chwilę spuści mnie z oka. Na spacerze jeśli schowam się jej za jakieś drzewo lub krzak, frustracja sięga zenitu. Biegnie na oślep w kierunku, gdzie widziała mnie przed nagłym zniknięciem, kompletnie tracąc rozum. Ale potrafi grzecznie czekać w aucie gdy idziemy rodzinnie na zakupy, ba potrafi nawet zostać sama w mieszkaniu nie czyniąc awantury, choć nie jest w stanie w tym czasie spać czy pogryzać zostawionej kości. Leży skupiona pod drzwiami nasłuchując kroków domowników. Sprawdziłam, więc wiem 🙂

Oprócz tych przymilaśnych kwestii, uwielbia kotłować się z Milkiem. Niczym para młodych niedźwiadków, mój 14 letni syn i psia młódka, przetaczają się po kanapie lub podłodze, tworząc mi tym totalny wnerw, bo kto to widział siać takie spustoszenie 

Nikita, daj łapę.

Do niedawna nie byłam fanką sztuczek. Chyba, że miały jakieś praktyczne zastosowanie. Sztuczka powinna mieć jakiś cel, i choć samo uczenie się może być celem, to wolałam cele bardziej zorientowane na coś większego.Dlatego z Amirą robiłyśmy kolejne stopnie wtajemniczenia w PT. Okazało sie jednak, że gry i sztuczki to sam miód na treningowy młyn.

Uczymy się z Nikitą sportowego posłuszeństwa czyli obedience. Jakoś tak się stało, że trafiłyśmy za szczeniaka do Jagny Nowotarskiej i Michała Santorskiego na obóz letni dedykowany właśnie obi. Emil był tam Nikity przewodnikiem. Fajnie było. Okazało się, przy okazji, że to równie życiowe co wcześniejsze PT. Siad, waruj, zostań, chodzenie przy nodze, nawet aportowanie przedmiotów czy omijanie przeszkód, wszystko to przydaje się w codziennym życiu. Oczywiście na razie w wersji light, bez spinki i nie na punkty, ale pomaga okiełznać nastolatkowy umysł, pełen niepokoju. Wakacje się skończyły, i wiadomo, treningi zostały dla mnie. I tu właśnie okazało się, że różne sztuczki gry pomagaja nam lepiej się zrozumieć. Zabawa górą!

Ćwiczymy też niuchactwo. Zabawy węchowe są super. Psinka musi spożytkować sporo energii, no i sprawia jej to ogromną radochę. Na początku była to mata węchowa, potem piórniki z jedzonkiem pochowane w mieszkaniu i zabawki interaktywne, które trzeba otwierać i przesuwać za pomocą łap i nosa, aż ukażą upragniony przysmak. Teraz zgłębiamy powoli tajniki noseworku. Polecam wszystkim, którzy mają psie dorastajki w domach. Po takim treningu młoda śpi jak zabita kilka godzin. A jak już wyjdzie z tego dorastania pójdziemy tropić na poważnie.

Oczywiście są i inne aktywności ciała i umysłu, których chciałabym z Niki spróbować, ale nie wszystko na raz.

Potrzebna mi smycz na spacery – 35m linki wystarczy ?

Aktualnie, chyba największym wyzwaniem dla mnie jest zaufanie. Linka dłuższa lub krótsza niczym mój wyrzut sumienia plącze się nam pod nogami na każdym spacerze. Potrzeba mi czasu i wielu udanych prób odwołania w kontrolowanych warunkach, by zaufać jej na kilkanaście minut spaceru i dać zupełną wolność. Co ciekawe Nikita nie jest przecież moim pierwszym psem. Jakoś nie kwoczyłam się tak nad Amirą czy Fidelem. Dawałam im dużo swobody, spuszczając ze smyczy nawet w miejskich parkach. Co to się ze mną podziało.

Jestem starsza. To się podziało. Jestem starsza, jestem od nastu lat mamą, i wyobraźnia działa mi dużo mocniej, niż gdy Amira była nastolatką, działając na niekorzyść Niki. No a poza tym, Nikita to nie Amira.

Choć Amira była psem delikatnym, ze strachem pod skórą, i miasto też nie było jej żywiołem, potrafiła odizolować się od niektórych bodźców. Totalnie nie interesowali ją ludzie. Co by nie robili, ignorowała ich ze stoickim spokojem ( poza dziećmi do momentu gdy pojawiły się w domu). Nie było więc niebezpieczeństwa, że do kogoś tak z głupia frant podbiegnie, oszczeka go, czy spróbuje złapać za rękaw. Nikita tak nie potrafi, ludzie mali czy duzi, budzą w niej całe spektrum emocji. Jednych się boi, inni ją lekko ciekawią, jeszcze inni zupełnie nie interesują. Wszystko zależy od zachowania danego ludzia i sytuacji w jakiej się wspólnie znajdujemy. Dociera do mnie z każdnym dniem bardziej, że po prostu niezbyt ufa obcym ludziom i tyle, okazując to w różny sposób.

Psy interesowały Amirę warunkowo, raczej wolała trzymać się od nich z daleka. Nikita tak nie potrafi. Chciałaby niby trzymać dystans, ale jednocześnie ciekawość i nakręcenie możliwością przetestowania co się stanie gdy podbiegnie, bierze górę. Gdy widzi jakiegoś konfratera, przywiera do ziemi z uszami na sztorc, wgapiając się hipnotyzującym wzrokiem, jednych przerażając, a innych wkurzając takim wyzwaniem. Mało który pies jest w stanie nie poczuć się zagrożony, gdy ona dla mnie sprawia wrażenie jakby zwyczajnie nie wiedziała co innego mogłaby zaproponować. Belli zaoferowała takiego przywitalnego “paca” już na wstępie, czym wyraźnie rezydentkę skonfundowała.

No ale Amira była BOSem, a Nikita to Border Collie. Obie uszate piękności  skupione na swoim człowieku, obie zakochane w polowaniu na myszy, ale na tym podobieństwa się kończą. Nikita to mały wariatuńcio, który ma swoje zdanie na każdy temat, a jednocześnie u którego emocje potrafią sięgnąć zenitu . Amira przy niej była delikatna psychicznie niczym śnieżny płatek, ale nie emanowała tą swoją emocjonalnością na każdym kroku i wszystkich frontach.

Nikita:

Amira:

Darz Bór

Kolejnym przyczynkiem do ograniczania wolności mojej psiej nastolatce jest łowiecki koszmar dziejący się wokół nas. Nie wiem jak u Was, ale tutaj, nie ma dnia żebym w trakcie wędrówki nie widziała, bądź nie słyszała myśliwych. Jakby uparli się wybić całą dziką zwierzynę w okolicy. Nie było tak. To przerażające i takie smutne. Ambony, przy których sadzi się las z kukurydzy, rosnące jak grzyby po deszczu.  Łąki rozjeżdżone przez terenowe samochody.  Wszędzie puszki po piwie i łuski od naboi.

Poziom frustracji na spacerach bywa więc wysoki. Z Amirą, potrafiłyśmy robić naście kilometrów dziennie nie widząc żywego ducha. Przez 13 lat jej życia na wsi, nigdy nie spotkałyśmy człowieka z bronią, nigdy nie słyszałyśmy strzałów. Jak tu spuścić z linki nastolatkę, która nie panuje nad emocjami, gdy nie dość, że słyszysz cały czas huk, to co i rusz sarny, przepłaszane ze swoich legowisk, czy żerowisk, biegną na oślep w naszym kierunku, pakując ją w tryb łowiecki, a mnie w stres spowodowany widokiem przestraszonych zwierząt, które na nasz widok mogą zawrócić prosto pod lufy. Przyjemność wspólnego wędrowania, wiecznie zaburzana. Nawet w miejscach, które wydawać by się mogło powinny być wolne od tego procederu, jak ścieżka edukacyjna w lesie sąsiadującym ze strefą uzdrowiskową, czy na łąkach przy domach. Ech…długo by pisać, ale co to da.

Na spacery chodzimy więc na 35 metrowej lince, której jaskrawy kolor zdradza nasze połączenie. Słabo sprawdza się w lesie, ale na łąkach, daje Nikicie namiastkę wolności, a mi niezbędne poczucie bezpieczeństwa.

 

Mam taki delikatny brzuszek, jednego Swena na wynos poproszę.

Niki wyszła z hodowli z pewnymi problemami układu pokarmowego spowodowanymi przez giardię. Najpierw byłam wściekła, jak można tak nie dopilnować, nie przebadać…ale po namyśle  stwierdziłam, że cóż… zdarza się. Trudno tu nawet mówić o zaniedbaniu.  Wystarczyło, że jeden dorosły pies w hodowli przywlókł z podwórka, pewnie nawet sam nie chorował. Lamblie można spotkać w co drugiej kałuży, nie mówiąc o nie sprzątanych na osiedlach kupach. I rób co chcesz. Pech chciał, że akurat pojawiły się puszyste kulki, idealne do skolonizowania. Raj dla pierwotniaka.

Nadal brzuszek Nikity to jej pięta achillesowa. Po trzech dawkach Metronidazolu, kosmki jelitowe raczej bez szwanku z tej wojny nie wyszły. Każda jedzeniowa nowość prowadzi do strasznych wzdęć i biegunek.

I tak oto nasza księżniczka trawi tylko mięso z renifera. A bodajby to… biedne renifery.

Tak, mam świadomość swoistej schizofrenii, jaka jest naszym udziałem. Potępiamy polowania i hodowlę przemysłową zwierząt,  jesteśmy rodziną wegetarian, a jednocześnie mamy w domu mięsożercę, którego potrzeby musimy spełniać.

W tej sytuacji nawet może lepiej, że padło na renifery. Nie ma przemysłowych hodowli reniferów, żyją w lepszych warunkach od większości zwierząt hodowlanych. Etycznie nadal to dla mnie wątpliwe, ale pies nie będzie wcinał sałaty. Psia nastolatka musi jak każdy dorastający organizm jeść jak najzdrowiej. Odpowiednio dużo w odpowiedniej jakości. Ciągle jeszcze rośnie, i to co je teraz to inwestycja w przyszłość.

Nikita wciąga więc kilo reniferowego mięcha dziennie, z ziołowymi dodatkami, a ja po cichu liczę, że w końcu brzuszek się wyleczy i nie będzie jej tak dokuczał, gdy tylko zdarzy się jej łapnąć na spacerze trochę ziemi z kretowiska czy chlapnąć sobie kieliszeczek wody z kałuży.

No to jak to jest z tą rasą?

BC rzeczywiście są takie wymagające?  Nie wiem. Wiem jaka jest Nikita. Bestialsko zdolna, ucząca się w mig wszystkiego. Niesamowicie chętna do tej nauki, ciekawska i oddana. Dasz smaka dobrze, nie dasz…nie ważne, chodź się poprzeciągać szarpakiem. Baaardzo potrzebuje swojego człowieka. Ale nie koniecznie w ciągłym ruchu.

No właśnie. A co z tym ruchem? Podobno BC musi się wybiegać, robić kilometry?

Musi jak na mój rozum, mieć ruch, jak każdy pies. Zdrowy ruch, w zdrowej dawce. A młodociany pies powinien zażywać go adekwatnie do wieku i możliwości. Oraz planów związanych  z aktywnością fizyczną w dorosłym życiu. My robimy w dzień powszedni spacer około 5-6 km, a od niedzieli trochę dłuższy jak jest ładna pogoda i mamy czas. Jak leje siedzimy w domu i leniuchujemy. Treningi z obi robimy 3 razy w tygodniu, krótkie, do 15 minut. Noseworki w weekendy ale nie w każdy. I tyle. Dla jednych to będzie dużo, dla innych nie. Napewno BC nie jest kanapowym ozdobasem, którego jedyną aktywnością jest spacerek po osiedlowych ścieżkach na flexie. Od tego specjalistami są inne rasy, a i one potrzebują choć kilka razy w tygodniu, spacer eksploracyjny dla dobrostanu psychicznego. Choć Niki od kanapy nie stroni.

Nikita to bystra, radosna psia nastolatka o wielkiej indywidualności i elastyczności, ale czas psiego dorastania jest bardzo krótki. Jeszcze kilka miesięcy i nasza dzidzia wkroczy na ścieżkę dorosłej młodości. Oby szczęśliwej i pełnej samych przyjemnych doświadczeń.

I taka to opowieść.

Plany na nowy sezon w noworocznym klimacie

Plany na nowy sezon w noworocznym klimacie

Witajcie w Nowym Roku.

 

Stało się jakoś tak, że zapodziałam swój segregator z pomidorowymi nasionami. Oczywiście liczę na to, że przed wiosną znajdzie się łobuz, ale… kto to wie. Te ciągłe przeprowadzki, paczki, kartony, gdzieś wsadziłam i nie mam pojęcia gdzie.

Na szczęście Dwarfy trzymałam osobno, podobnie jak papryki. W oryginalnej kopercie pozostały też moje ostatnie pomidorowe zakupy, których postanowiłam już nie testować w ubiegłym sezonie z racji na i tak olbrzymie ilości sadzonek.

Mamy Nowy Rok, pomyślałam więc, że to dobry moment by zrobić plany na nadchodzący sezon.

Plan jest taki, że nadal się ograniczam. Na balkon powinnam wybrać 10 odmian pomidorów ( tych do pojemników 10l lub większych) i 10 odmian papryk. Ajajaj. Spróbujmy.

Niech będzie, że 3 odmiany wysokie. Zakupiłam u Pani Grażyny ( linki prowadzą do sklepiku na allegro w którym zaopatruję się już kolejny sezon) bardzo ciekawe kolorowe odmiany, wypadałoby coś z nich spróbować. Mam:

 LUCKY TIGER  :

Owoce typu cherry, wydłużone, o wyraźnych zielonych pasach i intensywnie czerwonym zabarwieniu. Gdy owoce dojrzewają, wnętrze ulega wyraźnemu przebarwieniu, tworząc piękną kompozycję kolorystyczną. Owoce osiągają wagę do 30 gram i idealnie nadają się do sałatek oraz jako ozdoby do dań. Odmiana średnio-wczesna, owoce osiągają dojrzałość po około 70 dniach, roślina wysoka, wymaga palikowania lub podwiązywania.

 MR STIPEY HEIR :

Unikalny pomidor, który został przywieziony do Virginii przez osiedlających się tam Mennonitów około 1800 r. Wysokie rośliny w zależności od sposobu prowadzenia produkują duże owoce wagi 0,5 – 0,9 kg. Owoce są bardzo mięsiste typu befsztyk, bardzo smaczne i aromatyczne, słodko-winne. Skórka owocu cienka, pomarańczowa w czerwonawe smugi. Owoce prawie pozbawione nasion. Odmiana wysoko rosnąca wymagająca podwiązywania.

 THUNDER MOUNTAIN WCZESNY :

Bardzo rzadko spotykana odmiana będąca skrzyżowaniem odmian Big Rainbow oraz Cherokee Purple i Bosque Blue. Liście regularne, roślina wysoka, wymagająca podwiązywania. Owoce nie przekraczają 400 gram. Piękne kolorystycznie. Owoc pomarańczowy w delikatnie żółte pasy, ciemno niebieski przy szypułce, w trakcie dojrzewania przebarwia się ze złotego na czerwono-pomarańczowy.

 PERSUASION:

Nowa odmiana pomidora Indigo z Kalifornii. Wybarwione na piękny różowy kolor owoce o słodkim smaku, gładkiej i błyszczącej skórce oraz wadze 50-110 g pokryte są zielono-złotymi paskami z antocyjanowymi przebarwieniami. Są trwałe, znakomicie utrzymują się na roślinach po dojrzeniu i mogą być długo przechowywane w temperaturze pokojowej.

SART ROLOISE:

Atrakcyjna odmiana powstała z krzyżówki pomidorów White Wonder i Baby Blue. Silne rośliny o obfitym ulistnieniu znakomicie znoszą okresowe niedobory wody. Niezwykle urodziwe owoce o małych komorach nasiennych, zbalansowanym słodkim smaku i cienkiej skórce pokryte są atocyjanowymi plamami przy szypułce.  Zachwycający cytrusowy aromat. Bardzo wysoka trwałość owoców po zbiorach. Dorastają do 200-400 g.

ANANAS BLACK:

Ekscytująca wysoko rosnąca odmiana pomidora, który w tłumaczeniu brzmi Czarny Ananas. Odmiana została opracowana przez Pascala Moreau – ogrodnika z Belgii w 2005 roku. Owoce średnie i duże o wielobarwnej cienkiej skórce, w której odnaleźć można odcienie zieleni, różu i purpury. Miąższ w kolorze jasno zielonym z ciemnoczerwonymi smugami. Pomidor ceniony za doskonały owocowy smak, słodko-dymny z nutą cytrusową. Idealny do bezpośredniego spożycia, kolorowych sałatek i na kanapkę.

Z opisów wynika, że na balkonie może się sprawdzić Sart Roloise, jako, że ma być odporny na okresowe niedobory wody. Kusi też Persuasion ze swoją trwałością po zbiorach. Jako trzeci wybrałabym chyba Thunder Montain, ze względu na wspomnianą w opisie wczesność. Wszystkie są pomidorowymi pięknościami, o niebanalnym ubarwieniu.

Resztę wypróbuję w szklarni w gruncie.

Ok czyli wysokie mam. Teraz Dwarfy. Tu gorzej. Mam sporo takich, których jeszcze wcale nie próbowałam, i sporo takich, które w zeszłym sezonie w gruncie potraciły nazwy. Nawet więc nie wiem, które z nich jedliśmy. Poza tym po skatalogowaniu odmian typu Dwarf okazało się, że moja kolekcja liczy ich sobie 75. Mowy nie ma, żeby w jednym sezonie dać radę wszystkim. Ech sztuka kompromisu. Niech w takim razie będą:

Dwarf Pink Passion to taki pomidor, z którego chyba już nie umiem zrezygnować, więc musi być. Uznajmy go za dodatkowy 🙂

Dwarf Black Angus – ciemny jakby przydymiony befsztyk. Lubię ciemne pomidory. Z Dwarfów w zasadzie ciemnych jeszcze nie testowałam, nie licząc Dwarf Crimson Sockeye i Wild Freda, ale one są bardziej ceglastego koloru a nie brązowego.

Dwarf Grandpa Gary’s Green – zielony, nic dodać nic ująć. Kilka zielonych już było w balkonowym warzywniku. Niektóre bardzo smaczne jak np. Summertime Green

Dwarf Awesome – żółty z pomarańczowym rumieńcem

Dwarf Skyreacher – czerwony w jaśniejsze paseczki

Coastal Pride Orange – pomarańczowy

Dwarf Sweet Sue – żółty z czerwonym rumieńcem

Dwarf Scarlet Heart – czerwone serce

Razem 11 sztuk. Ale nie ma jeszcze koktajlowych, a bez tych uprawy balkonowe nie istnieją.

Tu nie będę nic kombinować. Pendulina Orange, Perła Ogrodu, Green Tiger ( jeśli znajdę segregator z nasionami) Jeśli nie: Dzieckij Slodkij, Radana, i Koralik bo te mam jakoś skitrane oddzielnie. Plus karzełki do skrzynek. Dam szansę Mini Indygo, posieję Venus i Dombello.

To były pomidory. Teraz Papryki. Miniony sezon strasznie mnie rozochocił w ich temacie. Napewno chcę ze dwa krzaki Aji. No może cztery 🙂

AJI WHITE FANTASY FATALI – nowość

AJI CITO – nowość

AJI PINEAPLE – powtórka

AJI OMNICOLOR – nowość

Poza nimi z ostrych powtórzę Pomarańczowe Habanero, bo niebywale mi smakuje, oraz tradycyjnie po 1 krzaku Yamajkan Hot  – Czerwone i Żółte, Sangria Chili i Paluszki Elfa. Z nowości planuję też Chili Fisch Pepper, Chili Bulgarian Carrot, oraz Chili Hot Apple.

Ze słodkich tradycyjnie pojawią się Sweet Bite w trzech kolorach, ale będą też nowości  z allegro:

PAPRYKA SŁODKA MINI BELL YELLOW

Owoce  grubościenne  Ta odmiana  produkuje dużo miniaturowych jasnozielonych słodkich papryczek dojrzewających do złotożółtej. Średniopóźna – 85 dni.

PAPRYKA SŁODKA MINIATURE CHOCOLATE

Owoce małe dzwonkowate w kolorze mlecznej czekolady, idealne do sałatek, marynat i nadziewania.

PAPRYKA SŁODKA VIOLET SPARKLE

Owoce w pięknym kolorze od fioletu po żółto czerwony. Grube ścianki. Smak przypominający jabłka. Wczesna odmiana – 65 dni.

*fotografie pochodzą z aukcji allegro joannan77 czyli Pani Grażyny, której zadowoloną klientką jestem kolejny sezon.

Przydało by się jeszcze jakieś fioletowe cacko może coś z AWN mam fioletowego, sprawdzę.

Mam oczywiście wiele innych odmian do wypróbowania, i będę je testować w miarę możliwości w ogrodzie skrzynkowym, tak by sprawdzić ich przydatność do uprawy w pojemnikach. Tu jednak opisuję jedynie plany na balkon. Jedziemy dalej – bakłażany.

W ubiegłym sezonie udało mi się pozyskać kilka owoców z bardzo oczekiwanej przeze mnie odmiany o zielonych owocach. Mówię tu o Thai Kermit. Niestety z nieznanych mi powodów były raczej, oględnie mówiąc mało kulinarne. Zostawiłam sobie jednak dwa owoce na nasiona i zajrzałam do nich wczoraj .

Ponieważ najprawdopodobniej jest to odmiana hybrydowa, trudno przewidzieć co wyrośnie z niej w kolejnym pokoleniu, niemniej spróbuję ( w drugim owocu były nasiona jeszcze nie kiełkujące). Chyba, że uda mi się kupić nasiona zielonej ustalonej odmiany o podobnych walorach. Podobnie sprawa ma się z Red Turkish. Mam nasiona pozyskiwane przeze mnie ( pierwotne pochodzą z wymiany forumowej), ale w jednym przypadku ich potomstwo było dziwnym hybrydkiem, co wskazywałoby na rozszczepienie z odmiany F1 ( z czego wynika że Red Turkish nie było Red Turkish tylko jakimś jej kuzynem F1). Będę jednak próbować. Oprócz nich w stałym składzie pozostają: Rosa Bianca i Slim Jim 

Mam też szereg bakłażanów zza wschodniej granicy do wybróbowania, które miały być testowane w zeszłym roku, ale ostatecznie nie zmieściły się na balkonie:

.

Przy czym torebka Dzień i Noc zawiera odmiany: Śnieżka i Maugli.

Poza pomidorami, paprykami i bakłażanami pojawią się w tym roku na balkonie popcornowe odmiany kukurydzy. Dawno ostrzyłam sobie zęby na nie, ale kupienie ich wiązało się z przemytem nasion ze Stanów, lub kupieniem ich na miejscu z niepewnego źródła. Tym razem źródło uważam za pewne i przetestuję 3 odmiany:

POPCORN MINI BLUE

INDIAN BERRIES POPCORN

MINI PINK POPCORN

*fotografie pochodzą z aukcji allegro joannan77

Miło wspominam kukurydzę balkonową i choć okazała się odmianą mało pękającą, to uprawa jej dawała dużo satysfakcji. Czas na powtórkę z rozrywki.

Co poza tym? Jak zwykle sałaty, Mini Pak-Choi, mizuny, i inne listki. Tu stawiam w tym roku na włoskie frykasy. Z rukol dwie odmiany:  COLTIVATA i SELVATICA A FOGLIA D’ULIVO. Z rzymskich LITTLE GEM, ROMANA BIONDA DELLE SETTE LUNE oraz ROUGE D HIVER. Plus sałata liściasta BARBA DEI FRATI, Cykoria CATALOGNA GIGANTE DI CHIOGGIA, oraz dzikie brokuły NOVANTINA.

Mam też nadzieję po raz pierwszy posiać w skrzyniach groszek o fioletowych strączkach. Będzie to odmiana MEZZA RAMA DESIREE. Z innych nowości dorzucam cylindryczną cebulę DA MAZZI i fioletową marchew COSMIC PURPLE

Poza tym, zioła i jadalne kwiaty. Truskawki, poziomki i borówki. No i winogrona. Tu raczej nic nowego.

Byle do wiosny.

Anja

Zakupy w sadowniczy.pl-podsumowanie testu

Zakupy w sadowniczy.pl-podsumowanie testu

Minął prawie rok od moich zakupów w sklepie internetowym sadowniczy.pl

Pora na wyciągnięcie wniosków. Zacznę nietypowo od końca, czyli od oceny.

Sklep oceniam na 5/10

Uzasadnienie:

Przesyłka dość długo do mnie szła, a gdy już dotarła, część roślin niestety była w bardzo słabym stanie. Poza tym paczka była w dwóch częściach i naliczono mi podwójną opłatę transportową. Niezbyt fajnie.

Przypomnijmy zamówienie:

Malinotruskawka wcale nie odbiła, połowa truskawek nie wypuściła liści, podobnie stało się z jedną borówką amerykańską. W bardzo kiepskim stanie była grusza, ale po moich wielkich staraniach udało się jej przeżyć sezon.
W bardzo dobrym stanie była gratisowa jabłonka i ona pięknie rosła całe lato. Sprawiło się winogrono, miało piękny kilkumetrowy przyrost. Borówka amerykańska Pink Lemonade wprawdzie nie owocowała, ale była cały sezon zdrowa i ma nowe bardzo ładne przyrosty. Truskawki, te które przeżyły owocowały i były bardzo smaczne. Ładnie zimują, myślę, że będzie z nich pożytek w tym sezonie. A siatka na krety spełnia swoje zadanie.

Zakupy w tym sklepie przypominają trochę los na loterii. Można trafić świetne rośliny, które pięknie rosną i dają fajne plony; ale można też mieć pecha i otrzymać coś, co nawet listka nie uroni.  Oczywiście sklep posiada procedurę reklamacji, ale z tego co widzę w komentarzach klientów, jest ona dość opieszała. Szczerze to nie próbowałam reklamować roślin które umarły, może szkoda. Nie miałam do tego głowy, ani czasu bo wiosna to czas wzmożonych prac ogrodniczych, zbyt cenny czas by trwonić go na użeranie się z internetowym sklepem.
Czy sklep polecam? No nie wiem….Kolorowe obrazki kuszą, oferta jest bardzo obfita. Powiem tak, jeśli ktoś lubi hazard, ma stalowe nerwy i jest gotów stoczyć walkę na polu reklamacji w razie kiepsko wylosowanych egzemplarzy to spoko, można próbować. Jeśli natomiast jesteście z tych, których takie przygody zbyt wiele psychicznie kosztują – podarowałabym sobie. Tym bardziej, że sklep nie należy do tanich.

 

Podsumowanie sezonu

suszone ostre papryki

Nie tak miało być. Ale życie jak zwykle pisze własne scenariusze, nie zawsze biorąc pod uwagę moje zakrojone na szeroką skalę plany.

Miałam dokończyć książkę, a leży odłogiem, wprawdzie prawie napisana, ale nie oprawiona w ilustracje.

Miałam zbierać nasiona z Dwarfów, by otworzyć sklepik z tymi trudno dostępnymi w Polsce odmianami, ale pod koniec sierpnia moje uprawy nawiedziły plagi egipskie i zbieranie nasion  w tej sytuacji byłoby conajmniej kontrowersyjne, a już napewno nieodpowiednie do przeznaczenia handlowo-populizatorskiego. Na szczęście kilka najważniejszych dla mnie odmian, zebrałam wcześniej.

Miałam fotografować każdy krzak z każdą odmianą, a zrobiłam jedynie połowę dokumentacji, bo w czasie jednej z ulewnych burz, opisy zrobione na powlekanych folią papierze zostały kompletnie zniszczone i odmiany posadzone w zbiorczych skrzyniach straciły imiona.

Ale żeby nie było, że same sęki, to sezon uważam za całkiem udany. Pomidorów było może trochę mniej niż w dwóch poprzednich sezonach, ale ładnie rozłożyły się w czasie z owocowaniem i długo w jesienne chłody zostało mi kilka krzaków opierających alternariozie i ZZ. Tak. W tym roku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałam dwa przypadki ZZ na tarasie. Na szczęście, choroba postępowała powoli i tylko nieliczne owoce były do wyrzucenia. Szybciorem więc pozbyłam się tych ognisk zapalnych, nawet nie próbując stosowania jakichś prewencyjnych środków.

Pięknie plonowały truskawki. Sprawiły się krzaki z zeszłorocznych rozłogów, ukorzenionych przeze mnie. Natomiast sadzonki Frigo, które kupiłam via internet w sadowniczy.pl w niczym nie przypominają tych gęstych krzaków ze ich zdjęć. Jedyna zaleta to smak. Są naprawdę pyszne i całkiem spore, choć nie powalają plennością. Może w przyszłym sezonie pokażą co potrafią.

Jestem niesamowicie zadowolona z borówek amerykańskich. Baaardzo długo dojrzewały, jeszcze na początku listopada zbieram ostatnie owoce, ale było ich naprawdę dużo jak na dwa krzaczki, i miały dużo wyrazistrzy smak niż te kupowane na tackach w markecie. Nie owocująca Pink Lemon ma piękne nowe przyrosty i nadal ma liście mimo, że już grudzień. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie doczekam się z niej owoców.

Same siebie przeszły papryki. I to zarówno ostre jak i słodkie. Fakt, mogłyby wejść w owocowanie nieco wcześniej, ale to moja wina, bo wysiewałam wszystkie dość późno. Tak czy inaczej krzaki były dosłownie oblepione paprykami. Mam też nowego faworyta, kundelek chili do złudzenia przypominający marketowe owoce osiągną idealny dla mnie stopień ostrości. Mogę go chrupać jak jabłko, bez strachu, że dostanę kapsaicynowej czkawki i będę próbowała w niekontrolowanym szale wypić pobliską Nidę.  Trudno w prawdzie orzec, czy uda się powtórzyć tą idealną proporcję smaków w następnym pokoleniu, ale nie omieszkam tego sprawdzić.

Były ogórki, choć bardzo dokuczał im mączniak. Były marchewki, choć ich wielkość i wygląd pozostawiały raczej sporo do życzenia. Doskonale wyszły mi rodzynki brazylijskie. W tym roku po raz pierwszy nie usychały mi na krzakach liście. Znacząco zwiększyłam nawożenie, wniosek – w poprzednich latach po prostu je głodziłam.

Z ziół mało korzystałam, a posadziłam fantastyczne odmiany mięty i oregano. Sama nie wiem dlaczego, chyba z racji na niedoczas nie było w tym roku zbyt wielu kuchennych szaleństw. Jeszcze na biegu pomroziłam sobie mieszane pakiety do zup na zimę. Bardzo chorowała mi przemarznięta w zimie i przelana na wiosnę szałwia. Zatkał się odpływ w skrzyni , a ja nie zauważyłam tego i nieszczęście gotowe. Po raz pierwszy od wielu sezonów nie mogłam się cieszyć jej kwiatami, a szalenie je lubię.

Posiane zbyt późno cyklantery dopiero w październiku zawiązywały pierwsze owoce. Wystarczyło by troszkę skubnąć ich jeszcze przed jesienią i zebrać parę nasion na następny sezon.

Natomiast dwa posadzone w skrzyni szlachetne winogrona wcale nie chciały rosnąć i przebimbały cały sezon w zasadzie nie wypuszczając odrostów. Trzecia odmiana była bardziej łaskawa, wyrósł jej pęd na jakieś 5m, już zaglądający sąsiadowi na górny balkon. Powinna owocować w przyszłym roku, jeśli nie przemarznie w zimę w tej skrzyni.

Ot tyle. Pomidory poszły w dużej mierze w słoiki. Papryki ostre ususzyłam, a słodkie schrupaliśmy żywcem sukcesywnie ściągając je z krzaków. Już nie nawożę, jedynie podlewam, ale i podlewanie z racji na zimne noce mocno ograniczyłam. Jako jednak, że nawet teraz noce są powyżej zera, niczego z tarasu nie ściągnęłam.

Muszę się przyznać, że zostawiłam totalny bałagan, wyjeżdżając do miasta, dziś więc był ten moment. Szybkie sprzątanie, ściągnięcie cieniówki, zdemontowanie systemu nawadniania. Tak, do tej pory bujał i nawadniał po troszku skrzynie. Jako, że sporadycznie zaglądam na taras z racji na dzielące nas o tej porze roku kilometry, nawadnianie było niezbędne by stojące pod dachem skrzynie a w nich truskawki, winogrona i zioła nie uschły na wiór. No ale mamy już jakby nie patrzeć grudzień. Jakoś tak zleciało, w tej jesiennej aurze.

Tak czy inaczej można już planować kolejny sezon.