O mnie

Urodziłam się z genem ogrodnika, choć  nie wiedziałam o tym dość długo. Zanim stworzyłam balkonowy warzywnik, byłam totalnym mieszczuchem patrzącym z lekkim zdziwieniem na Mamę i Babcię, które spędzały długie godziny ryjąc niczym krety, w swoich ziemiańskich zasobach w postaci ukochanych działek POD (dla niewtajemniczonych: Pracownicze Ogródki Działkowe).

Moje ogrodnicze zapędy w owych czasach ograniczały się do kompletnie ignoranckich prób tworzenia kwiatowych rabat, poniewierających jakiekolwiek reguły kompozycji, czy doboru roślin pod względem ich wymagań. Do grabienia liści jesienią, pożerania ton jabłek i porzeczek latem, wiosną zaś  obrywania tulipanów i śnieżyczek do wazonów.

Jedynym nikłym i dość mnie niepokojącym wtedy objawem uśpionej we mnie esensji ogrodniczej, było kompulsywne kupowanie wiosną, absurdalnie niewykorzystywalnych zasobów nasion kwiatów i warzyw. Skrzętnie chowane w plastikowych pudełkach po lodach, zazwyczaj doczekiwały wygaśnięcia swojego terminu przydatności do siewu, bez szansy na wydanie na świat potomstwa.

Dopadło mnie w okolicach trzydziestki. Mieszkałam już na wsi, a na tarasie uprawiałam sukulenty i pelargonie, głównie spędzając na nim czas z dziećmi, taplającymi się w plastikowej piaskownicy. W którymś momencie, maluch zajęty tworzeniem wyszukanych piaskowych konstrukcji staje się stosunkowo samoobsługowy i… to był ten moment w którym mój ogrodniczy gen zaryczał do ucha mojemu wewnętrznemu ja.

Zaczęło się skromnie. Kilka doniczek z ziołami, kupionymi w hipermarkecie na dziale warzywno-owocowym okazało się być bardzo odpornymi na moje dyletanctwo, co więcej z czasem, pomimo podlewania wodociągową wodą na przemian z kompletnym zasuszaniem, postanowiły przetrwać i rozrosnąć się na przekór wszystkim niewygodom.

Mój gen zamruczał rozkosznie niczym kot na kolanach. No to może w skrzynkach posieję sałatę a w doniczce pomidora?

Tak, tak…mruczał gen i nim się obejrzałam miałam sałatę, mini pomidorki, rzodkiewki i coraz więcej doniczek z ziołami, więcej i więcej…Dzieci wyrosły z piaskownicy, która zamieniła się w skalniak, skrzynka po warzywach zmieniła się w donicę… gen zaczynał przejmować kontrolę.

Teraz taras jest nie tylko miejscem relaksu. Pełni wiele pożytecznych funkcji społeczno-rodzinnych, od źródła odstresowującej terapii integrującej rodzinę przy wspólnych pracach, po coraz bardziej znaczący element naszego wyżywienia.

Wegetarianizm wszedł do naszego życia jakby tylnymi drzwiami, ignorując brak ideologicznego podejścia i mięsożerne korzenie wykształcone w latach dzieciństwa. Wszedł i został już na dobre, wtórując mojemu ogrodniczemu genowi, podsycając jego ambicje i wskazując mu coraz nowsze możliwości ekspansji.

Tyle o mnie.

Blog stworzyłam z myślą o wszystkich, którzy chcieliby wytwarzać trochę własnego organicznego pożywienia, na balkonach, tarasach, parapetach, lub podwyższonych grządkach usytuowanych na podwórkach przydomowych, ale jeszcze nie do końca wiedzą jak się za to zabrać.

Zapraszam do częstej lektury.

Zapisz