Podsumowanie sezonu

suszone ostre papryki

Nie tak miało być. Ale życie jak zwykle pisze własne scenariusze, nie zawsze biorąc pod uwagę moje zakrojone na szeroką skalę plany.

Miałam dokończyć książkę, a leży odłogiem, wprawdzie prawie napisana, ale nie oprawiona w ilustracje.

Miałam zbierać nasiona z Dwarfów, by otworzyć sklepik z tymi trudno dostępnymi w Polsce odmianami, ale pod koniec sierpnia moje uprawy nawiedziły plagi egipskie i zbieranie nasion  w tej sytuacji byłoby conajmniej kontrowersyjne, a już napewno nieodpowiednie do przeznaczenia handlowo-populizatorskiego. Na szczęście kilka najważniejszych dla mnie odmian, zebrałam wcześniej.

Miałam fotografować każdy krzak z każdą odmianą, a zrobiłam jedynie połowę dokumentacji, bo w czasie jednej z ulewnych burz, opisy zrobione na powlekanych folią papierze zostały kompletnie zniszczone i odmiany posadzone w zbiorczych skrzyniach straciły imiona.

Ale żeby nie było, że same sęki, to sezon uważam za całkiem udany. Pomidorów było może trochę mniej niż w dwóch poprzednich sezonach, ale ładnie rozłożyły się w czasie z owocowaniem i długo w jesienne chłody zostało mi kilka krzaków opierających alternariozie i ZZ. Tak. W tym roku po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałam dwa przypadki ZZ na tarasie. Na szczęście, choroba postępowała powoli i tylko nieliczne owoce były do wyrzucenia. Szybciorem więc pozbyłam się tych ognisk zapalnych, nawet nie próbując stosowania jakichś prewencyjnych środków.

Pięknie plonowały truskawki. Sprawiły się krzaki z zeszłorocznych rozłogów, ukorzenionych przeze mnie. Natomiast sadzonki Frigo, które kupiłam via internet w sadowniczy.pl w niczym nie przypominają tych gęstych krzaków ze ich zdjęć. Jedyna zaleta to smak. Są naprawdę pyszne i całkiem spore, choć nie powalają plennością. Może w przyszłym sezonie pokażą co potrafią.

Jestem niesamowicie zadowolona z borówek amerykańskich. Baaardzo długo dojrzewały, jeszcze na początku listopada zbieram ostatnie owoce, ale było ich naprawdę dużo jak na dwa krzaczki, i miały dużo wyrazistrzy smak niż te kupowane na tackach w markecie. Nie owocująca Pink Lemon ma piękne nowe przyrosty i nadal ma liście mimo, że już grudzień. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie doczekam się z niej owoców.

Same siebie przeszły papryki. I to zarówno ostre jak i słodkie. Fakt, mogłyby wejść w owocowanie nieco wcześniej, ale to moja wina, bo wysiewałam wszystkie dość późno. Tak czy inaczej krzaki były dosłownie oblepione paprykami. Mam też nowego faworyta, kundelek chili do złudzenia przypominający marketowe owoce osiągną idealny dla mnie stopień ostrości. Mogę go chrupać jak jabłko, bez strachu, że dostanę kapsaicynowej czkawki i będę próbowała w niekontrolowanym szale wypić pobliską Nidę.  Trudno w prawdzie orzec, czy uda się powtórzyć tą idealną proporcję smaków w następnym pokoleniu, ale nie omieszkam tego sprawdzić.

Były ogórki, choć bardzo dokuczał im mączniak. Były marchewki, choć ich wielkość i wygląd pozostawiały raczej sporo do życzenia. Doskonale wyszły mi rodzynki brazylijskie. W tym roku po raz pierwszy nie usychały mi na krzakach liście. Znacząco zwiększyłam nawożenie, wniosek – w poprzednich latach po prostu je głodziłam.

Z ziół mało korzystałam, a posadziłam fantastyczne odmiany mięty i oregano. Sama nie wiem dlaczego, chyba z racji na niedoczas nie było w tym roku zbyt wielu kuchennych szaleństw. Jeszcze na biegu pomroziłam sobie mieszane pakiety do zup na zimę. Bardzo chorowała mi przemarznięta w zimie i przelana na wiosnę szałwia. Zatkał się odpływ w skrzyni , a ja nie zauważyłam tego i nieszczęście gotowe. Po raz pierwszy od wielu sezonów nie mogłam się cieszyć jej kwiatami, a szalenie je lubię.

Posiane zbyt późno cyklantery dopiero w październiku zawiązywały pierwsze owoce. Wystarczyło by troszkę skubnąć ich jeszcze przed jesienią i zebrać parę nasion na następny sezon.

Natomiast dwa posadzone w skrzyni szlachetne winogrona wcale nie chciały rosnąć i przebimbały cały sezon w zasadzie nie wypuszczając odrostów. Trzecia odmiana była bardziej łaskawa, wyrósł jej pęd na jakieś 5m, już zaglądający sąsiadowi na górny balkon. Powinna owocować w przyszłym roku, jeśli nie przemarznie w zimę w tej skrzyni.

Ot tyle. Pomidory poszły w dużej mierze w słoiki. Papryki ostre ususzyłam, a słodkie schrupaliśmy żywcem sukcesywnie ściągając je z krzaków. Już nie nawożę, jedynie podlewam, ale i podlewanie z racji na zimne noce mocno ograniczyłam. Jako jednak, że nawet teraz noce są powyżej zera, niczego z tarasu nie ściągnęłam.

Muszę się przyznać, że zostawiłam totalny bałagan, wyjeżdżając do miasta, dziś więc był ten moment. Szybkie sprzątanie, ściągnięcie cieniówki, zdemontowanie systemu nawadniania. Tak, do tej pory bujał i nawadniał po troszku skrzynie. Jako, że sporadycznie zaglądam na taras z racji na dzielące nas o tej porze roku kilometry, nawadnianie było niezbędne by stojące pod dachem skrzynie a w nich truskawki, winogrona i zioła nie uschły na wiór. No ale mamy już jakby nie patrzeć grudzień. Jakoś tak zleciało, w tej jesiennej aurze.

Tak czy inaczej można już planować kolejny sezon.

 

 

 

Znowu jesień – wrzesień

Explosive Ember

Trzeba przyznać, że nie czuje się nadchodzącej jesieni. Ciepło, przyjemnie, słonecznie. U mnie wrzesień zaczął się pod znakiem papryk. Jest ich mnóstwo i to zarówno słodkich jak i ostrych. O ile słodkie schodzą na pniu do kanapek i sałatek, to ostre gromadzą mi się na parapetach, albo schną naturalnie w słonku na krzakach. Nie jestem jakaś wybitnie zakręcona na punkcie paprykowych odmian, choć jest ich pewnie tyle co pomidorowych. Raczej poruszam się w trybikach pewnego ustalonego rodzinnie kanonu, czyli trochę słodkich ale nie dużych, kilka krzaków papryk pomidorowych do upieczenia i na leczo, oraz ostre, ale nie za ostre. Nikt u mnie nie ma podniebienia mogącego pokonać kapsainocynowe wyższe sfery, nie sieję takoż żadnych Reaperów czy Skorpionów, bo i komu 🙂

Rok rocznie  sieję za to jakąś ostrą paprykę o mini owocach, o średnim wysyceniu piekielności. W tym roku była to Sangria Chili, o dużych krzakach, i niziutka fioletowa Explosive Ember, która o dziwo wyszła mi słodka. Musiała skundlić się poprzedniemu właścicielowi ( nasiona z wymiany), nie będę jej więc powtarzać, choć urody jej nie można odmówić.

Zaskoczeniem była dla mnie Aji Pineapple, miałam jakieś kilka nasionek z wymiany, dość leciwych, udało im się jednak wykiełkować. Porosły mi piękne, wiotkie krzaki, które najpierw obsypały się gęstym białym kwieciem, a potem…dosłownie z każdego kwiatka wyrósł owoc. Było ich takie mnóstwo, że nie wiedziałam co z nimi robić. Niestety żółte odmiany niezbyt dobrze się suszą, wiszą więc ku ozdobie. Zdejmę je pewnie przed przymrozkami, a narazie mężu pogryza je do wszystkiego.

Ogólnie lubię papryki Aji, miałam już Aji Lemon o orzeźwiającej ostrości i Aji Imbambura, która rosła w krzak imponujących rozmiarów. Pasuje mi ich wyrazista ostrość i zdobność. No i plenność. W przyszłym sezonie też sobie jakąś sprawię, a co! 🙂

Co sezon sadzę odmianę Peter Pepper znaną też pod nazwą Red Penis Pepper lub swojskim przydomkiem papryfiutek 😉 Od kilku lat poluję na jej pomarańczowa odmianę, więc gdyby ktoś miał, to jestem chętna.

Peter Pepper jest wdzięczna odmianą. Ładnie rośnie, ma zwarte krzaczki i obficie owocuje. Ma ostrość znośną 10,000 23,000 SHU, dobrą w zasadzie do wszystkiego.

 

Na początku wyglądają niepozornie, pomarszczone jakby zniekształcone owoce, koniecznie trzeba z nich zdejmować  okwiat, bo inaczej przewężenia w miejscach gdzie resztki po kwitnieniu uschną na owocu, pozostaną na stałe.
Ten konkretny krzaczek miał akurat czubate końcówki, czyli nie do końca takie jak powinny być.

Są jeszcze dwie odmiany ostre, które ze względu na smak oraz wyjątkową urodę są kultywowane w balkonowym warzywniku od prawie początków jego istnienia. Mówię tu o Jamaican Hot Red i Jamaican Hot Yellow. Śliczne kolorowe grzybki nie są jakoś przerażająco ostre, bo tylko 100.000 ~ 200.000 SHU, ale jest to już zdeklarowana ostrość, nie ma to tamto. To więcej ostrości niż w sosie Tabasco, podpowiem dla lepszego zobrazowania. Ich ostrość jest jednak przyjemna, nie tak paląco, drażniąca jak niektórych innych znanych mi odmian o podobnym miejscu w skali Scoville’a. I mają jeszcze jednego plusa ode mnie, pięknie się suszą i to zarówno czerwona jak i żółta wersja.

Jamajkan Yellow Hot w fazie dojrzewania.
Jamajkan Red Hot, w pełni dojrzała
Suszone Jamajkan Hot Red I Yellow, nie tracą koloru nie łapią żadnej pleśni.

Wszystkie papryki nawożę tak samo, czyli na początku nawozami mineralnymi, a potem naturalnymi, o wysokiej zawartości potasu. Rzadko miewam niedobory, a i chorób raczej nie bywa. Czasami pojawiają się mszyce, w tym roku jednak jakoś ominęły taras. Czasami czepią się przędziorki, ale te upodobały sobie u mnie bakłażany, paprykom jakoś nie wchodzą w paradę. Niczym więc nie zmącone rosną, kwitną i owocują, owocują, owocują…

Jesień zbliża się wielkimi krokami, a ja popijam ze spokojem kawę na tarasie i delektuję się widokiem moich papryk.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

 

W czasie suszy…pomidory owocują

W czasie suszy…pomidory owocują

Sierpień minął pod znakiem suszy. Gdyby nie zgromadzone wcześniej beczki deszczówki i skrzętnie dawkowane zasoby wody wodociągowej, ze zbiorów nie byłoby dane nam się cieszyć. Starałam się bardzo ekonomicznie gospodarować wodą, wszystkie donice dostały więc podstawki, pod skrzynie podłożyłam łapacze a podlewanie rozkładałam na raty, by korzenie dały radę wchłonąć wilgoć bez najmniejszej straty.

Pomidory owocowały jak zwykle z wielkim bum. Wszystkie prawie na raz, nie szło ogarnąć tego ogromu. Starałam się fotografować je i opisywać na bieżąco, ale oczywiście pogubiłam się gdzieś w połowie tematu.

Jest jeszcze jeden pomidor, którego historię chciałabym przytoczyć. To Xanadu Green Goddess, którego nasionko dostałam od znajomej forumowiczki. Bardzo chciałam go mieć, więc mimo sporych nadwyżek sadzonek, wysiałam. Pech chciał, że moja jedyna „bogini” miała feler.

 

Nie mam pojęcia skąd wzięła się ta wada. Podejrzewałam wirusa, ale ponieważ po operacji odcięcia czubka i ukorzenienia go, roślina już rosła dalej bez zakłóceń, zakwitła i zaowocowała, myślę, że była to jakaś wada rozwojowa i nie dociekam co było przyczyną. Bywa. Cieszę się, że udało mi się ją uratować i spróbować. Odmiana ma ciekawy smak, słodkawa, ale jakby z korzenną nutą, która trąci egzotyką. Ciekawy pomidorek.

Tak minął sierpień, zbieranie pomidorów, zaprawianie pomidorów, podcinanie pomidorów i nawożenie pomidorów. Cała reszta nie wymagała aż takiej atencji. Papryki rosły i wchodziły kolejno w owocowanie, truskawki cały czas dawały owoce, borówki dojrzewały i dojrzewały…Skończyły się mizuny i chociaż ambitnie dosiewałam je co jakiś czas, temperatury i brak wody nie ułatwiały im życia. W moment kwitły, nie dając zbyt dużej ilości liści.

Koniec.

Z ogrodniczym pozdrowieniem Anja

 

Lipcowy spacer po balkonowym warzywniku

Lipcowy spacer po balkonowym warzywniku

Dziś zamiast wpisu będzie film. Byłam na urlopie w Tatrach, stąd absencja na łamach bloga i w grupie. Ale widzę, ze beze mnie też sobie dzielnie radzicie 🙂

Bardzo proszę – oto balkonowy warzywnik dziś:

W Tatrach natomiast było bajecznie. To był moment w którym panowała cisza i spokój. Turystów było niewielu, szlakowych łazikowiczów można było spotkać głównie w dolinach, a pogoda była na przemian słoneczna i deszczowa. Lodzio miodzio.

Z ogrodniczym ahoj

Anja

Minął maj

Minął maj

Mało wpisów, bo roboty huk. Nie dość, że wciąż jeszcze wysadzam rozsady, to kończę część pomidorową książki. Jakoś to, mam nadzieję ogarnę przed wyjazdem, który zbliża się coraz szybciej.

Tymczasem maj minął. Z czego się niebywale cieszę. Był tak zimny i mokry, że na bank nikt za nim tęsknił nie będzie. Ja bynajmniej.

Przez deszcze straciłam część świeżo wysadzonych do skrzyń pod chmurką, Dwarfów. Smuteczek, bo każdy był innej odmiany. W związku z tym niektórych odmian nie dane mi będzie spróbować w tym roku. Spora przykrość, tym bardziej, że liczyłam na zebranie z nich nasion dla Was. Ale nie desperujmy. To tylko jakieś 10 sztuk. Cała reszta ma się dobrze. Narazie…

Kompletnie olałam opryski. Nie wiem czy dobrze, to się dopiero okaże. Problem polegał na tym, że nie bardzo było jak znaleźć okienko odpowiedniej ku temu aury. Albo lało, albo prażyło słońcem. Dni pochmurnych z dostatecznie wysoką temperaturą w zasadzie nie było.

Dziś zakładam nawadnianie, ciekawa jestem jaką szykuje mi niespodziankę.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

Zapowiedź serii moich książek – „Z balkonu na talerz”

Zapowiedź serii moich książek – „Z balkonu na talerz”

Myślę, że już czas na zapowiedź. Wkrótce ukaże się moja pierwsza książka, z planowanego większego cyklu, oprawiona wspólnym tytułem „Z balkonu na talerz”. Seria będzie traktować o uprawie warzyw i owoców w donicach, i będzie podzielona na części, które mam zamiar wydawać w miarę moich możliwości dość regularnie. Pierwsza o pomidorach, bo jakżeby inaczej 🙂

W serii ukażą się:

Papryki słodkie i ostre w donicach.

Nietypowe warzywa na balkonie.

Krzewy i drzewa owocowe w donicach.

Ogródek doniczkowy na małym balkonie.

Dynia, ogórek i spółka – uprawa donicowa.

Książki będą publikowane poprzez App Store i Google Play. Wersji drukowanej na razie nie przewiduję, ale też nie wykluczam.

 

Dla osób, które pobiorą moją publikację, przewiduję dodatkową niespodziankę 🙂

Deszcz, deszcz, słońce…maj

Deszcz, deszcz, słońce…maj

„Nie straszne nam wichry i burze. Niegroźne nam deszcze ulewne. Nie pochłoną nas bagna, kałuże. Nasze peleryny są pewne!

Jesteśmy nieprzemakalni….” mruczę sobie pod nosem, ale wnerw mam nieziemski.

Z tą nieprzemakalnością, jest bowiem słabo. Tydzień ulewnych deszczy narobił sporo strat, nawet na tak małym i odizolowanym od gruntu areale jak mój.

Najpierw padł rozsadnik. Miałam w nim Mini Pak-Choi pozostawione do kwitnięcia, na zbiór nasion. Plastikowa konstrukcja nie wytrzymała zadanej jej ilości wody, i rynienka złożyła się, przewracając. Udało mi się uratować dosłownie jedną sztukę. Reszta  🙁

Gdybym była na miejscu, może udałoby się uratować więcej sztuk, ale niestety byłam w mieście. Kapustki przeleżały się w wodzie. Tatara, i kicha.

W rynience rosły też rozsady karłowych jarmużów. 2 sztuki uratowane.

 

Kolejny klops to skrzynki z nawadnianiem, czyli te z rezerwuarem na wodę. Zgromadziło się jej takie mnóstwo, że ziemia cały czas była w skrzynkach niczym bagno Szreka. Zanim wylałam ten robiący złą robotę nadmiar, który jest błogosławieństwem w czasie suszy, a w przypadku ulewnych deszczy powoduje, że ziemia w skrzynce nie ma jak wyschnąć; koperek z nasturcją, które w nich rosną, jak też mizuny i inne listki, zrudziały na końcówkach liści. Teraz jest już ciepło więc mam nadzieję na powrót równowagi, ale co się już stało, to się nie odstanie. Zalanie, zawsze kończy się tak samo.

 

W międzyczasie zawiązały pięknie borówki i truskawki. Te pierwsze deszcze spędziły pod dachem, więc nic im raczej nie będzie, ale z truskawkami już nie tak różowo. Skrzynie wystają poza górny taras akurat w miejscu, w którym rosną truskawki. Nie są więc osłonięte od deszczu. Lało po nich równo, i choć wielgaśne liściory robiły owocom za parasole, to i tak wszystkie, które akurat zaczęły nabierać rumieńców podgniły.

borówki w donicytruskawki w skrzyni

Mocno oberwały pomidorowe rozsady na jesienny zbiór, które w czasie największej ulewy stały na zewnątrz pod dachem. Wiatr i smagający deszcz, w połączeniu z chłodem nocy, zrobiły z nich piegusowate biedactwa. Przemoknięte liście dosłownie zlane, wyglądały jakby tkanki w nich popękały. Zacinało tak okrutnie, że nawet fakt, że stały pod dachem nic tu nie zmienił. Dokładnie tak samo jak w tych, które zostawiłam przed Zimnymi Ogrodnikami na noc, na parapecie zewnętrznytruskawka wiszącam. Odchorują, jak nic. Cieszę, się że choć część zostawiłam w domu na parapecie. Miały ciemno, ale lepsze lekko wyciągnięte, niż z podeszczowymi nekrozami.

Zalało też skrzynki z truskawkami zwisającymi. Dwie sztuki nie przetrwały tego eksperymentu, reszta jest w nienajgorszej kondycji.

Napomknę, przy okazji, że moje niezadowolenie z zakupów w sadowniczy.pl rośnie z dnia na dzień. Nie napisałam jeszcze recenzji, bo cały czas obserwuję, co się dzieje z posadzonymi od nich roślinami. Z przykrością stwierdzam, że to porażka.  Więcej nie popełnię zakupów w tym sklepie.  I nie polecam go z pewnością. Tylko truskawki wyszły w miarę obronną ręką.

 

Wilgoć i ciepło, wiadomo, ślimaki. Wspinają się mi po dzikim winie na balkon. Uh, łobuzy. Co dzień zbieram kubeczek. Zastanawiam się co z nimi robić  podobno krem ze śluzu jest bardzo w cenie. Może jakiś karny obóz  pracy? Niechby odpracowały ten wikt na krzywy ryj

Tyle doniesień z frontu walki z powodzią. Teraz troszkę radosnych wieści. Zawiązały się pierwsze pomidorki. Tym razem najniecierpliwszy okazał się Dwarf Red Heart.

Red Heart

Reszta balkonowców kwitnie, lub zbiera się do kwitnienia. Wysiane ogórki wzeszły. Posadziłam już też wszystkie papryki. Zostały tylko rozsady Dwarfów do skrzyń w gruncie i kilka wysokich rarytasów typu Wolverine, czy Xanadu Green Goddess, z którą wiąże się ciekawa historia.

Dostałam kilka nasionek od znajomej forumki. Było moim cichym marzeniem mieć tą odmianę w kolekcji, gdyż jest niebywale urodziwa. Pech chciał, że mojej jedynej wysianej sztuce, przyplątał się problem na łodydze. Opiszę go w następnym poście, bo to doskonały przykład jak uratować pomidora ukorzeniając jego czubek.

Udało się pięknie i moja bogini jest już w zasadzie gotowa do posadzenia.

Mam nadzieję, że w Waszych uprawach deszcze nie narobiły szkód, i wszystko Wam pięknie kwitnie i rośnie.

Ja zbieram się do założenia nawadniania, bo wkrótce wakacje, a deszcze nie będą trwały wiecznie….mam nadzieję. Relacja walki z moją Irrigatią oczywiście pojawi się na blogu.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

 

 

 

 

Podsumowanie kwietnia

Podsumowanie kwietnia

No pięknie. Maj mnie zastał. Jak zwykle….zaskoczenie, ale że już? Maj? No tak. Już maj.

Kwiecień był pracowity, na przemian zimny i gorący. Okazało się jak zwykle, że zrobiłam za dużo rozsad. Normalka. Przyczyna tkwi w pakowaniu dubli do kubeczków, bo takie zdrowe… Mam ewidentny wstręt do zabijania roślin zdrowych i tendencje do ratowania za wszelką cenę chorych. I przez to mój dom wygląda jak dżungla.

Oczywiście nie ma możliwości wysadzenia ich wszystkich u mnie, więc trzeba będzie za chwilę włączyć tryb rozdawactwa. Jeśli ktoś mieszka blisko mnie ( nie wysyłam już niczego po ostatnich przebojach z pocztą – część mikoryz nie dotarła do celu ) lub może sobie podjechać, to proponuję śledzić świeże posty. Wkrótce ukaże się lista moich nadwyżek pomidorowo- paprykowych.

Co się działo w kwietniu.

Zakwitły obficie truskawki. Liście mają przy tym większe od moich dłoni. To efekt jesiennego nawożenia skrzynki, nawozem eko na bazie obornika i wełny owczej. Ponieważ w skrzynkach mam pszczółki nie było mowy o wymianie podłoża, ani głębokim przekopywaniu, więc sypnęłam na jesieni granulatu i zmieszałam go z wierzchnią warstwą. Chyba solidnie mi to wyszło, bo krzaki truskawek oszalały. Mają piękne wielkie kwiatuchy, zielone błyszczące liście, normalnie jak z reklamy. Ciekawam czy i smak będzie wyjątkowy.

Zakwitły też borówki amerykańskie, czym zrobiły mi wielką i miłą niespodziankę. Niestety mocny wiatr, trochę osypał kwiecie, ale może kilka jagódek zjemy.

Zakwitły ostre papryki, niestety pierwszymi kwiatami, które trzeba usunąć.

Posadziłam zioła: tymianek, rozmaryn, bazylię, maggi, pietruszkę naciową, szałwię, lawendę, i cząber. Wszystko nówki doniczkowe. Bazylia i pietruszka po prostu marketowe z przyprawowej półki, reszta z ogrodniczego sklepiku. Cząber od razu się pochorował, zdaje się, że część korzonków była uszkodzona, bo spory kawałek sadzonki po prostu uschnął, ale reszta chyba przeżyje.

We wszystkie dziury w skrzynkach wysiałam smagliczkę, nasturcję i nagietki.

W doniczki posiałam ogórki, ale wschodzą bardzo opornie. Wyjątek stanowi Iznik z eksperymentalnego pudełka z Kik’a. Ten wystrzelił po kilku dniach.

Posiałam też dyńkę Baby Boo prosto z ostatniego żywego egzemplarza, który zimował na półce w pokoju. I natychmiast wykiełkowała. Teraz zastanawiam się, czy dać ją na balkon, czy jednak gdzieś na zalesiu.

Na balkonie bowiem robi się gęsto w skrzyniach, a to za sprawą winogron i truskawek. Jednym i drugim trzeba trochę przestrzeni zostawić, więc możliwości obsady są znacznie ograniczone. Oprócz truskawek powtarzających, które mam w skrzyniach i odmładzam sobie samodzielnie, zakupiłam dwie nowe odmiany truskawki pnącej : Monterey i Vima Rina, więc kolejne obrzeża będą truskawkowe. Stwierdzam, że sprawdza się ten system. Brzeg skrzyni wygląda atrakcyjnie gdy zwisają z niego pędy truskawek z owocami. Owoce nie tarzają się w błocie, a reszta skrzyni pomieści jeszcze sporo. No i całoroczne truskawki to super frajda.

We wszystkich skrzyniach jako przedplon miałam posiany szpinak. Gdy przyszła paczka z truskawkowymi korzonkami ( kupiłam sadzonki typu frigo ) czas było szpinak zebrać. Osobiście najbardziej lubię szpinakowe listki na surowo. Oprócz sałatek na bieżąco przeze mnie podjadanych, ( a które wcinałam co dzień) zebrałam dwa ciasno upchane worki (Ikeowskie żółte) do zamrożenia. To rewelacyjny zbiór i stwierdzam, że już co roku będę tak robić. żadne tam rzodkiewki, szpinak moi mili, szpinak rządzi!

Wysiane mizuny, sałaty i musztardowce pięknie obrosły mi donice. To rewelacyjne listki, polecam je wszystkim Wam do doniczek.  Szybciutko rosną, wystarczy im biohumus za polewkę i urozmaicają sałatkowe menu . W dodatku urosną w każdym pojemniku. Same plusy.

Co jeszcze. Przesadzanie. Całe mnóstwo przesadzania, pomidorów, papryk i bakłażanów, z mniejszych kubków do większych.

Dosiałam sałaty. Wzeszła marchewka w skrzynce i koperek. W końcu.

Aaa, no i przyszła paczka z „sadowniczego”. Nie do końca jestem usatysfakcjonowana. Trochę było z tym perturbacji, a i to co zastałam w paczce pozostawia nieco do życzenia, ale o tym przeczytacie w „zakupy w sadowniczy.pl” . Dla niecierpliwych tylko napomknę, iż konkluzja jest taka, że zakupów w tym przybytku na pewno nie powtórzę. Zapłaciłam podwójnie za pojedynczą przesyłkę, sadzonka borówki to chory żart, a bardzo droga karłowa grusza wygląda na przesuszoną. Ale jakieś plusy też są.

Chyba tyle o kwietniu.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

 

 

 

Czas na pierwszą gnojóweczkę roślinną

Czas na pierwszą gnojóweczkę roślinną

Ha, wczoraj poparzyłam się pokrzywami przy pieleniu grządki na zalesiu. Znakiem tego, czas na zrobienie pierwszej w tym roku pokrzywówki, czy jak kto woli gnojówki z pokrzyw.

Temat ten był poruszany niejednokrotnie w moim wątku forumowym, bo sprawa to niebagatelna. Szczególnie dla balkonowych ogrodników. Spróbujcie trzymać na balkonie niedomknięte wiadro z przefermentowaną gnojówką, a gwarantuję że wzbudzicie najgorsze instynkty u swoich sąsiadów.

Są jednak i na to sposoby. Zaraz Wam zdradzę jakie.

No to gdzie te pokrzywy?

Ja mam je pod nosem. Wprawdzie uszczuplam zasoby rok rocznie, ale nadal mają się dobrze. Ale gdzie szukać pokrzyw gdy się mieszka w bloku?

Otóż pokrzywa to roślina azotolubna. Rośnie więc wszędzie tam gdzie będzie miała azotu pod dostatkiem. Lubi miejsca żyzne, dobrze zaopatrzone w wilgoć i najlepiej czuje się w półcieniu, choć słońcem też nie gardzi. Jak tylko dobrze się rozejrzycie okaże się pewnikiem, że rośnie w pobliskim rowie, lub na skraju jakiegoś szuwarowiska. Przydroża, przypłocia, przylesia, wszystkie te przy… są dla niej idealne i tam należy jej szukać. U mnie oprócz przylesia występuje jeszcze przy…grządkach bo wyczaiła skubana, że nawożę naturalnie gnojówką z pokrzyw. Czy nie wygląda Wam to na jakąś odmianę kanibalizmu?

Uwaga: pokrzywę można jak każdą roślinę uprawiać w donicy. Wystarczy do tego celu wykopać odrobinę kłączy. Pokrzywa jest pierońsko ekspansywna, więc migiem zarośnie cały pojemnik jaki dla niej przeznaczycie. No i trzeba dać jej pod korzenie to co lubi czyli duuużo kompostu. A, bardzo ważne – nie dajcie jej zakwitnąć. Najlepiej kosić ją jak mój teść trawnik, czyli raz na trzy tygodnie. Pięknie odrasta, jest cały czas młoda i świeża jak poranek, a oprócz gnojówki można z niej korzystać kulinarnie. Potrawka a’la szpinak z pokrzywy jest bajkowa. Polecam.

Jeśli macie maluchy na pokładzie, proponuje raczej postawić doniczkę poza zasięgiem ich łapek, bo mogłoby to być bardzo bolesne doświadczenie, mocno odstraszające młodych adeptów sztuk ogrodniczych. A tego nie chcemy.

Sama pokrzywa, a może w zestawie?

Ja swój eliksir wzmacniam często kilkoma dodatkowymi składnikami. I tak na 15l wiadro pokrzywy, dodaję garść liści mniszka, żywokostu, wrotyczu, i  podagrycznika.  Wszystkie składniki powinny zabierać 1/3 pojemności wiaderka. Panoszą mi się między skrzyniami w warzywniku, tylko rwać. Można też dodać trawę, i miętę, ale ta ostatnia jeszcze u mnie nie wyszła z ziemi. Jest o różnych specyfikach wpisów kilka, polecam gdyby komuś temat chciał się rozwinąć: Naturalne nawożenie i ochrona roślin.

Rozdrabnianie, zalewanie i napowietrzanie i cierpliwe czekanie…

Kilka ciachnięć nożyczkami w zupełności wystarczy, teraz wodą do prawie pełna – u mnie kastra budowlana o pojemności 50l ( najlepiej deszczówką) siadamy z patyczkiem w ręku i czekamy…  Co jakiś czas patyczek do wiaderka i miąchamy. I tak ok. 2 tygodnie. Można umilać sobie czas lekturą bloga.

Jak już się ładnie przekisi, to zaczyna dawać w nos Jedna z koleżanek blogerek napisała, że to przeżycie transcendentne. No tak…w zasadzie to tak. I tu wspomniane przeze mnie wcześniej sposoby na odwonnienie:

  • Ruta.

Od czasu do czasu zdarza mi się siać Rutę. Nie za często, bo krzaczor z tego rośnie żywopłotowy. Zioło to ma zbawienny wpływ na zapach gnojówek roślinnych. Nie żeby go kompletnie niwelował, ale czyni go bardziej znośnym. Wyciąg ze świeżej Ruty dodany do już przekiszonej gnojówki trochę uratuje nasze nosy.

  • Mączka bazaltowa

Dodatek mielonej skały też pomaga. Oczywiście, nie liczcie na cud, fiołkami pachnieć nie zacznie. Z tymi skalnymi proszkami trzeba jednakże uważać. Niosą one w sobie potencjał mineralny i zasadotwóczy, no i nie tylko.

Taka mączka potrafi też zawierać inne minerały i pierwiastki takie jak ołów, kadm, nikiel, chrom, rtęć, łącznie ze srebrem, kobaltem i radem. Oczywiście w śladowych ilościach. Tak czy inaczej należy korzystać świadomie i z umiarem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

  • Szczelne zamykanie wiaderka

No jakie to proste. Fakt im lepiej napowietrzona gnojóweczka tym lepsza, ale jeśli nie ma się wyjścia, lepiej wiaderko szczelnie zamykać w dzień, a na przykład na noc zostawiać otwarte. A mieszać bladym świtem lub wieczorem, gdy sąsiedzi nie wylegają na balkony. Można też zainstalować domowej roboty zestaw napowietrzający doprowadzając do wiaderka powietrze za pomocą zestawu akwarystycznego. Wymaga to troszkę pokombinowania z wieczkiem, no i doprowadzenia prądu na balkon, ale specyfik jest idealnie napowietrzony a subtelne zapaszki nie ulatują w eter.

Ok. Czasu minęła mało, wiele ( wszystko zależy od temperatury, ale od 7 do 12 dni ) i mamy złoto dla naszych warzyw gotowe.

Co z nią teraz należy zrobić?

Proponuję stosować ją jako środek wspomagający nawożenie. Całkiem nawożenia nie zastąpi, ale uczyni rośliny bardziej efektywnymi.

Do podlewania roślin używam roztworu 1:20 Jedna część eliksiru roślinnego na 20 części wody. Nie podlewam czystą pokrzywówką czosnku, cebuli, fasoli i grochu.

Stosuję raz w tygodniu.

Czy można gnojówkę przechowywać i jak?

Jasne, że można. Jak każda kiszonka gnojówka całkiem nieźle się przechowuje. Można spokojnie upakować ją do butelki zakręcić i używać wedle potrzeby. Znam osoby, które przechowują gnojówkę w beczkach, takich jak do kiszonych ogórków. Robią zapas i potem tylko używają 🙂

Z czego jeszcze można sporządzić gnojówkę roślinną?

A teraz uwaga – gnojówkę pokrzywową można zastąpić gnojowką z ogórecznika. Zawera sporo azotu i potas. Osobiście uważam, że jest nawet lepsza. Wprawdze ogorecznik dziko żyjący to raczej marzenie, ale akurat jest dobry moment by posiać sobie delikwenta w donicę. Same z niego korzyści, kwiaty i nasiona można jeść, podobnie jak młode liście.  Sok ma właściwości wzmacniające organizm. Przywabia pszczoły i trzmiele. Na dokładkę jest chyba najmniej cuchnącą kiszonką roślinną jaką znam. Można go sobie wsiewać do tego celu co jakiś czas w ciągu sezonu. A jak zostawicie sobie kilka roślin, będziecie bardzo szybko samowystarczalni, bo kwitnie obficie i ma dużo nasion.

Gnojówka z tego leczniczego ziela jest idealna do pomidorów  papryk. Rozcieńczoną 1:10

Poniżej w wielkim skrócie jakie jeszcze można sporządzić eliksiry roślinne typu „gnojówka”:

Do wspomagania nawożenia można użyć przeróżnych chwaściorów przefermentowanych w wodzie:

  • Glistnik jaskółcze ziele
  • Dziki czarny bez
  • Gwiazdnica pospolita
  • Liście pomidora
  • Mniszek lekarski
  • Roszponka warzywna
  • Żywokost
  • Podagrycznik
  • Trawa ( do roślin kwasolubnych)
  • Ogórecznik

Jako biostymulatory doskonale działają w formie gnojówki:

  • Czarny bez
  • Cebula
  • Czosnek
  • Szczaw
  • Skrzyp
  • Bylica piołun
  • Wrotycz ( tego ostatniego nie należy stosować jednoskładnikowo, a jedynie jako dodatek do innych gnojówek)

Uwaga: wszystkie powyższe można mieszać ze sobą, rozszerzając w ten sposób spektrum działania.

Zasady wykonywania wszystkich gnojówek są takie same.

 

Resztki z odcedzonych gnojówek koniecznie na kompostownik, jeśli macie takowy. Przyspieszają kompostowanie.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

Dzień jak co dzień

Dzień jak co dzień

W sobotę kożuch, w poniedziałek krótkie spodenki. Ale pogoda.

Kilka ostatnich dni intensywnie ogrodowałam. Wszystko mnie boli. Ajajaj ale musowo było odrobić zaległości. Wszak oprócz tarasu mam jeszcze zalesie ( dla niewtajemniczonych – kilkanaście arów ilastej ziemi, na której mam skrzynkowy ogródek i foliaka )

Obrobiłam więc truskawki, bo czekały na to już od dawna, Przewidłowałam dwie grządki pod… no właśnie sama nie wiem pod co. Grządki mają trzeci rok.  W pierwszym były nawożone obornikiem. Najpierw były na niej pomidory, później dynie. Kompletnie bez sensu z punktu widzenia zmianowania, ale  sami rozumiecie…brak miejsca. Teraz chyba dobrze byłoby wysiać tam fasolkę. Może tyczną ? Tylko trzeba by zbić jakąś pergolkę… Od tych wideł plery mnie bolą.

Wyczyściłam ziołową grządkę i w końcu poobcinałam pozimowe kikuty z szałwii. Teraz wyglądają przyzwoicie. Swoją drogą idzie im 8 rok, staruszki się z nich robią.

Mężu zbił mi jeszcze jedną grządkę ze starej kanapy i desek  Powoli zalesie wygląda jak postapokaliptyczny ogród szalonej wiedźmy. Szafki połatane deskami i skrzynie kanap jako grządki, wyłożone starą folią.

Kilka skrzyń zrobionych ze starych palet ząb czasu nadgryzł już solidnie, jedną musiałam rozebrać, bo mrówki się do niej dobrały. Stąd odzyskowe łatańce. Nie uśmiecha mi się kupowanie desek w tartaku na ten wiwat. Za droga imprezka. Pocieszam się, że jestem trendy, teraz jest moda na Zero Waste. A estetyka…Posieję brzegiem smagliczki i nasturcje i będzie dobrze.

Wykopałam dół ogniskowy do palenia drewna w bezpiecznej odległości od drzew i części grządkowej. W totalnej glinie! Normalnie spokojnie można garnki lepić. Będę w nim sporządzać popiół drzewny

Koleżanka przywiozła mi 5 kostek słomy pszenicznej, wszystko będzie pięknie ściółkowane w tym roku, i na zalesiu i na tarasie. Już się zastanawiam jak przytrzymać tą słomę w donicach i skrzyniach. Do tej pory ściółkowałam chrobotkiem, ale ten po dzielnej, kilku letniej służbie dokonał żywota. W tym roku stawiam na słomę i kokosowe krążki. Te ostatnie niestety nie są tanie, więc na razie tylko kilka sztuk w ramach eksperymentu.

No wiem. Trochę niebalkonowy ten dzisiejszy wpis, ale na tarasie też się działo. Dzień zaczęłam od wyniesienia rozsad na balkon.

Niestety nie wszystkie bakłażany były gotowe na takie zimne powietrze i słońce.  „Dzień i Noc” kiepsko wygląda po tym hartowaniu. Trudno. Nie mam czasu stać nad rozsadami na tarasie i patrzeć czy coś nie mdleje. Musi sobie poradzić.poparzenie słoneczne na liściu bakłażana

Chciałam Wam powiedzieć, że dopiero niedawno zauważyłam u siebie syndrom pielęgniarski. Jasne przejmuję się, że jakaś roślina mi niedomaga. Ale nie wpadam w panikę, jak onegdaj biegając w kółko i krzycząc: „Co robić! Co roooobić!Zajęło mi to raptem 15 lat . Teraz patrzę na poparzenie słoneczne i ze sceptyczną miną konstatuję: ” kapkę za dużo było tej kąpieli, no nic…” Decyzje o opryskach przychodzą mi just like that, że o amputacjach nie wspomnę. Ogólnie fachowa beznamiętność.

Ale, ale…Mogę też pochwalić się odznaką nekromanty 4 stopnia. Nie pozostawiam bowiem przypadków beznadziejnych by dokonały żywota; mając pełen parapet w zasadzie należałoby traktować takowe jako zrządzenie losu; a ja reanimuję je niczym serialowi lekarze, krzyczący przy masażu serca, między jednym trzaskającym żebrem a drugim: ” Nie na mojej zmiaaniee!!! Oczywiście nie każdy pacjent da się uratować, i choć determinacja mnie nie opuszcza, po zgonie otrzepuję się i wracam do innych zajęć, nie rozdzierając szat, a jedynie na chłodno analizując popełnione błędy.

Na szczęście to sporadyczne przypadki. Inaczej nie wiem, czy umiałabym zachować taką zimna krew. Tak czy inaczej uważam to za wielki postęp.

W nocy padało. Dzień zapowiada się pochmurny, temperatura raczej niewyględna. Chyba zajmę się przesadzaniem pomidorów. Co chwilę kolejna partia dorasta do przeprowadzki. O…i posieję okry i ogórki. No to do dzieła.

Z ogrodniczym pozdrowieniem

Anja

Informuję Cię, że strona używa plików cookies(tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. możesz zaakceptować pliki cookies albo wyłączyć ich używanie w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. więcej informacji o plikach cookies

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close