Moja uprawa Miechunki Physalis w donicach

Physalis-owoc

Miechunkę Physalis sprowadzają markety z Kolumbii i Peru. Jest rośliną egzotyczną, ciepłolubną i w naszych warunkach jednoroczną. Ale uprawa jej w Polskich warunkach jest możliwa.

Pakowane do koszyczków po 100g owoce w charakterystycznych wysuszonych baldachach, kosztują od 8 do 5 zł.

W celu spróbowania doniczkowej uprawy skusiłam się na jedno opakowanie. Już na oko widać było, że są większe od uprawianych przeze mnie od lat Aunt Molly. Mają też inny smak. Są zdecydowanie bardziej wyraziste, ja bym je porównała do smaku pomarańczowych cukierków nimm2. Słodkie a zarazem kwaśne, pyszne. Orzeźwiające i pełne witamin.

Forumowe opinie nie zachęcały do eksperymentu, wszyscy narzekali na brak kwitnienia, zbyt późno zawiązujące się owoce i słabe plony. Ale ja, jak to ja. Jak się sama nie przekonam, to nic mnie nie zrazi 😉

Pierwsze kroki czyli rozsada

Rozsadę zrobiłam dość wcześnie, bo na początku lutego poszły do ziemi wydłubane ze sklepowych okazów nasionka. Wykiełkowały ładnie i dość szybko, w zbiorowym pudełku po margarynie.

No to czas do donic.

Po przepikowaniu, rosły elegancko aż do maja, przesadzane po drodze dwa razy, do większych donic. Po zahartowaniu, stanęły w docelowych donicach 20l  i 30l na tarasie. Dałam jedną do czarnej donicy a drugą do białej by zobaczyć, która wersja bardziej im spasuje, ale stwierdzam, że nie robiło im to różnicy. Resztę sadzonek zlikwidowałam, wszak to uprawa eksperymentalna, a nie towarowa 😉 Biała docelowo wylądowała pod tarasem i dosięgała sufitu.

 

Od razu widać było, że to nie ułomki, rosły w górę bardzo powoli, rozgałęziając się na boki. Piękne zamszowe liście większe od dłoni, wyglądały bardzo efektownie. Faktycznie, gdy Aunt Molly zaczęły już regularnie owocować, moje Physalis z marketu nie miały jeszcze ani jednego kwiatka, ale cierpliwość i słoneczna pogoda zrobiły swoje.

I gdzie te owoce?

Pierwsze owoce pojawiły się w połowie czerwca, a dzięki ciepłej końcówce lata w zasadzie owocowały aż do końca listopada.

Idealnie uzupełniły się z moimi rodzynkami karłowymi, bo te w połowie lipca już zrejterowały.

Owoce moich Physalis miały ten sam smak co hipermarketowe  a cały plon wyniósł około 4 koszyczki po 100g. Czy to dużo, czy mało? Sama nie wiem. Wiem natomiast, że niebywałą frajdę miałam ze skubania ich prosto z krzaka.

Physalis-owoc

A czy to się opłaca. Hmmm, sami musicie ocenić. Krzak zasila się podobnie jak bakłażana, nie rośnie sam. Ale koszt obsługi 1 sztuki ( rośliny) nie wydaje się być duży.

Są jednak pewne przeszkody.

Roślina jest duża, na balkon raczej się nie nadaje, w gruncie będzie jej za zimno, a w szklarni? Pewnie byłaby zadowolona, ale zabierałaby miejsce pomidorom i bakłażanom, więc z tak delikatesowym plonem u mnie odpada. W zasadzie tylko posiadacze większej przestrzeni tarasowej mogą z sensem taki eksperyment wykonywać i to pod warunkiem, że taras tak jak mój, pławi się w południowym słońcu przyklejony do ocieplonej ściany budynku. Wszelkim egzotykom, w to graj 🙂 taka miejscówka.

Na zdjęciu poniżej niedojrzałe owoce Physalis i prawie dojrzałe już Aunt Molly.

Na zachętę.

Raczej nie imają się tej miechunki szkodniki czy choroby. Może dlatego, że żadna rodzima gadzina nie odkryła jeszcze tego smaku. A może pogoda była tak łaskawa. Faktem jest, że krzaki były zdrowiuśkie do samego końca. Jedynymi amatorami na moje owoce były osy. Jeśli nie zdjęłam z krzaków dojrzałych owoców, a te pękły puszczając obficie sok, natychmiast pojawiały się osy i wyjadały baldachy do cna. Co ciekawe, tylko te pęknięte, do całych nie podfruwały nawet.

Jest jeszcze jeden smaczek tej uprawy, Physalis niebywale dobrze się przechowuje. Gdy Aunt Molly jest już zasuszonym rodzynkiem Physalis kryje w baldachu nadal soczysty owoc.

Oto fotki zrobione dziś:

Jeśli macie ochotę poeksperymentować, pora rozejrzeć się po półkach marketów, jeszcze miesiąc i można siać 🙂

Cucamelon – uprawa balkonowa

Cucamelon – uprawa balkonowa

Cucamelon to pnący twór wydający niezliczone ilości mini owocków o smaku kwaskowatego ogórka, trochę podobny do kiwano, którego uprawę zarzuciłam kilka sezonów wstecz. Inne nazwy to ogórek meksykański, mysi ogórek lub mini arbuz, chociaż osobiście uważam że z arbuzem ma raczej mało wspólnego 😉

Owoce są chrupkie, ale czy smaczne? Kwestia gustu. Podobno, całkiem fajnie smakują jako kiszonka.

Popełniłam w minionym sezonie wysiew Cucamelonów w myśl zasady „skąd możesz wiedzieć, jeśli nie próbowałeś”  chociaż wiele opinii forumowiczów wskazywało na to, że raczej nie zagoszczą w naszym menu na stałe.

Nasionka dostałam z adnotacją:

„Nasiona wysiewamy od połowy wiosny do doniczek. Przed wysiewem należy je namoczyć w letniej wodzie przez 12h. Doniczkę ustawiamy w miejscu jasnym i słonecznym. Kiełkowanie następuje od tygodnia do miesiąca przy zachowaniu stałej temperatury na poziomie 21-26 stopni C.”

Osobiście jednak nie namoczyłam ich na aż tak długo i kiełkowały bez problemu.

Startowały po wysadzeniu dość powolnie, nawet obawiałam się, że nie zakwitną, ale jak już zaczęły to nie mogły przestać 🙂

Moim zdaniem w  uprawie wcale nie są wymagające. Nawoziłam je podobnie jak resztę warzyw dyniowatych, bo niewymagające nie oznacza nie potrzebujące składników mineralnych. Rosły w dużej skrzynce, ale nie był to wybór dedykowany, po prostu tam akurat zwolniło się miejsce. Nie potrzebują tak głębokiego pojemnika, wystarczy im standardowa 20l donica. Są niebywale czepliwe, jeśli więc w pobliżu znajdą jakaś naturalną podporę oplotą ją bardzo skrzętnie. W moim przypadku najbliżej było im do pomidora, więc zrobiły sobie z niego pergolkę 😉

Lato było upalne, Cucamelony więc czuły się jak ryby w wodzie. Po kolejnym koszyczku przestałam je zbierać, bo nie było na nie chętnych niestety. W zasadzie nikomu nie smakowały, choć wyglądały urokliwie.

Konkluzja: dla mnie eksperyment jednorazowy. Choć przyznam, że doskonale sprawdza się jako pnącze ozdobne, to dla smaku uprawiać go nie zamierzam, bo nie trafił w nasz gust. I tyle 🙂

Profilaktyka antypchełkowa

Profilaktyka antypchełkowa

Mieliście kiedyś pchełki ziemne w uprawach? Nic fajnego.

Te wredne stworki uwielbiają rzodkiewki, rukolę i inne kapustne, czyniąc poważne szkody. Wysoko na balkonach raczej się nie pojawią, ale w uprawach pojemnikowych na tarasie, czy na podwyższonej grządce, będzie im jak w raju.

Jest kilka sposobów na zniechęcenie pchełek do żerowania na naszych plonach:

  1. Zanim wysiejecie rukolę czy rzodkiewkę, przetrzymajcie do podkiełkowania ich nasiona w zwilżonej papce czosnkowej zmieszanej ze świeżymi trocinami ( do dostania w tartaku niestety). wysiewa się do ziemi już podkiełkowane nasiona, ale to w niczym nie przeszkadza. A nawet jeśli ten zabieg nie zniechęci pchełek jest świetną profilaktyką na zgorzel.
  2. Podlewanie wywarem z piołunu wieczorem. Pchełki mają awersję do tego zioła.
  3. Naturalnym odstraszaczem pchełek od warzyw jest nasturcja. W zasadzie nie tyle je odstrasza co wabi, bo jeśli położymy na talerz przed pchełką nasturcję i powiedzmy rukolę, to wybierze tą pierwszą. Sposób ten więc jest dobry w przypadku podwyższonych grządek, ale na balkon słabo się nada, z racji na wielkie zagęszczenie upraw.

 

Ukropem przędziorka

Ukropem przędziorka

Jak pozbyć się nieproszonego gościa w zimowanych na parapecie roślinach.

Wbrew pozorom problem jest dość częsty i niebywale drażniący, a z upływem czasu i zbliżającym się terminem zamieszkania rozsad na parapetach, nawet powiedziałabym palący.

U mnie przędziorki często dokuczają zimowanym sadzonkom batatów i papryk. Można całkowicie stracić nerwy, gdy nasz unikatowy egzemplarz egzotycznego gatunku oplotą pajęczynki. Zdarzyło się nawet, że kilka sadzonek poszło do spalenia bo nie mogłam sobie poradzić z rozrośniętą populacją mini pajączków.

I pewnego dnia oświeciło mnie. Skoro na mszyce gorący prysznic działa zabójczo, to dlaczego ja nie stosuję tej metody w przypadku przędziorków?

Ot zagadka.

Żeby jednak zabieg był skuteczny, trzeba spełnić kilka warunków:

  1. Niestety tradycyjny prysznic nic tu nie da. Całą koronę zaatakowanej rośliny trzeba zanurzyć w wodzie. To spore utrudnienie, ale w przypadku doniczki nie jest niewykonalne. Wystarczy nałożyć worek foliowy na doniczkę i szczelnie go zawiązać na pniu pacjenta, dość ciasno, by ziemia nie miała możliwości zbytnio wędrować. Przygotować wiaderko lub miskę z gorącą wodą i jedziemy z koksem.
  2. Woda musi mieć temperaturę 55 stopni C. Wyższa temperatura zabije nie tylko przędziorki, a niższa nic nie da. Trzeba więc uzbroić się w termometr i  przed zabiegiem zmierzyć temperaturę kąpieli.
  3. Zanurzenie ma trwać dwie sekundy i powtarzamy je trzy, cztero- krotnie w odstępach pięciosekundowych. To bardzo ważne. Przędziorki są dość upartymi przeciwnikami, a rośliny szczególnie te z delikatniejszymi listkami, jedynie krótką gorącą kąpiel mogą znieść bez szkody. 

Informuję, że powyższą metodę przetestowałam na cytrynie, którą skolonizowały mi gadziny w czasie mojej nieobecności. Pacjentka żyje, przędziorków brak. 

Nie biorę jednak odpowiedzialności za każdą roślinę, którą zanurzycie w ukropie 😉 Proponuję najpierw wykonać test na jednym listku i ściśle trzymać się czasu zanurzeń i przerw między nimi.

Powodzenia.

 

Wszystkiego naj…z okazji Świąt -uzupełniam kalendarz siewów i katalog odmian.

Wszystkiego naj…z okazji Świąt -uzupełniam kalendarz siewów i katalog odmian.

Święta Bożego Narodzenia to czas prezentów. Postanowiłam i ja sprezentować blogowi (czytaj: Tobie, mi i Wam) małe co nie co, i biorę się za uzupełnianie części stałych czyli kalendarza siewów, katalogów odmian i portretów roślin.

Żmudna to praca, więc efekty bedą odczuwalne powoli, ale zima to jedyny moment kiedy mogę się tym zająć, więc jak nie teraz to pewnie nigdy.

Na pierwszy ogień idzie kalendarz siewów i katalog odmian. Bez kalendarza jak bez ręki. Niby mam w głowie co i kiedy siać, a jak przychodzi co do czego, wypadają z niej najoczywistsze oczywistości. Poza tym w trakcie sezonu zawsze powstają jakieś poplonowe dziury, które warto wykorzystać i w to miejsce kalendarz przychodzi z pomocą.

Katalog odmian

To był w zasadzie pierwszy mój pomysł na stały blok na blogu i bardzo mi wstyd, że go zarzuciłam. Tym bardziej, że pamięć jest ulotna, a co roku próbuję wielu nowych odmian, które nieopisane znikną z mej pamięci. Duży błąd. Pojawią się więc odmiany bakłażanów, uzupełnienie odmian pomidorów i zakładka inne , gdzie tymczasowo zgromadzę odmiany wszystkich innych warzyw. Jak z każdego gatunku zrobi się ich więcej niż 5, stworzę nową zakładkę. Mam nadzieję, że tak będzie zgrabnie i dość czytelnie.

Portrety roślin

Portrety roślin to zakładka mniej może potrzebna, wszak tego typu informacji w internecie jest mnogość. A i większość osób uprawiających warzywa wie to i owo o uprawie poszczególnych gatunków. Pomysł jednak mimo, że nie oryginalny wydawał mi się bardzo na rzeczy, bo można do zakładki sięgnąć choćby po przeczytaniu jakiegoś artykuliku czy postu, dla odświeżenia podstawowej wiedzy, jeśli akurat nie ma się jej w pamięci. Pozwolę sobie więc kontynuować dzieło, powolutku, gdy już zakończę uzupełnianie katalogu odmian.

No dobrze. Rachunek sumienia zrobiony, żal jak widać szczery 😉 no to do roboty.

Sobie więc życzę wytrwałości a wszystkim moim czytelnikom – cudownych Świąt w miłej rodzinnej atmosferze.

Witaj świecie! Again. Podsumowanie sezonu 2018

Witaj świecie! Again. Podsumowanie sezonu 2018

Nie było mnie od lipca. Dacie wiarę? Od lipca! Nie oznacza to, że zrezygnowałam z moich pasji. Ale jak to w życiu, nastąpiło i w moim sporo zmian, włączając w nie przeprowadzkę. Tak, tak, z mini „mieścinki” przeprowadziłam się do kapkę większej, ale nadal mam zamiar praktykować miejskie warzywnictwo. Wracam więc na posterunek i spróbuję chociaż w skrócie opisać co się działo w końcówce sezonu.

Jeśli chodzi o zbiory to było całkiem znośnie. W czasie gdy osiągały one kulminacyjny moment nie było mnie na miejscu, i  mój małżonek przepuszczał kolejne kilogramy pomidorów przez wyciskarkę, ładując je w słoiki. Podobnie było z paprykami i bakłażanami, stąd archiwum zdjęciowe jest raczej skromne. Dochowałam się całkiem ładnych melonów i arbuzów, no i oczywiście dyń. Przedłużone lato bardzo im służyło.

Na szczęście, według moich wskazówek kochany mężu podpisywał pomidorki do opisania, i wiele nowości znajdzie się wkrótce w katalogu pomidorów. Miałam w tym sezonie sporo Dwarfów i zdecydowanie będę rozpowszechniać te odmiany wsród miłośników warzyw na balkonie. Są bezkonkurencyjne i kropka. Ich zwarty pokrój krzaka i bezobsługowość są dla miejskiego ogrodnika niezastąpione.

Tak na chybcika przedstawię tu teraz kilka losowo wybranych, które całkiem dobrze sprawowały się w minionym sezonie pomidorowym:

GREEN MARTIAN DWARF

Niewielkie kuliste pomidorki w kolorze oliwki ze słoika z lekko zacienioną górą. Pyszne i bardzo plenne. Jak każdy Dwarf, małe zwarte krzaki nie przekraczające w donicy pół metra. Doskonałe do sałatek i na kanapki. Dobrze czuły się w skrzyni w towarzystwie innych pomidorów, ale 20l donica i samotność też im nie wadziła.

ADELAIDE FESTIVAL

pomidor Adelaide Festivaladelaide Festival dwarf

Pomidor ciekawy kolorystycznie i smakowo. Bardzo plenny. Super sprawdzał się jako baza sosu, ale kanapki z nim były poezją smaku i trochę mi żal, że duża część jego plonu wylądowała w słoikowym miksie. Ech, klęska urodzaju.

KOKABURA CACKLE DWARF

Na oko niczym szczególnym się nie wyróżniał. Ot średniej wielkości ceglastego koloru pomidor, troszkę nierówno dojrzewający. Ale smakował jakoś tak….jak to się mówi o winach? Że mają długi finisz? No właśnie, ten pomidor miał długi finisz. Niby kwaskowy, a jednak słodki, niby zwyczajny a jednak nie 🙂

BRENDY FRED

Pomidor w kolorze jak sama nazwa wskazuje trunku 🙂 ale w smaku choć wytrawnym, to owego trunku nie przypominającym 😉 Ten konkretny krzak nie zrodził jakiejś szalonej liczby owoców, sama nie wiem czy powtórzyć go czy nie. Smak, ot pomidorowy, ale z wystarczającą nutą słodyczy jak dla mnie.

ARCTIC ROSE

Wiązałam z tym Dwarfem spore nadzieje, bo miał być bardzo wczesny i wypełnić dziurę wczesno-wiosennych plonów, które do tej pory ratowały tylko koktajlówki i kilka wiotkołodygowców. Niestety, nie spełnił moich oczekiwań w tym temacie. Dojrzewał z całą resztą wcale nie wcześniej, a nawet zaryzykowałabym, że trzon plonu wypadł u niego później niż u kilku innych. Pomidor malinowo-zielony, o smaku….pomidora malinowego? Tak cirkaebaut. Sama nie wiem. Trochę mi chorował i miał tendencje do pękania po deszczach. No ale to jakby nie patrzeć Dwarf, więc mimo kilku wad, zalet mu też nie brak. Nie skreślam go tak zupełnie.

Do dobra. Kolejne w kolejnym artykule, bo za długo by było na raz 🙂

Jeszcze kilka fotek plonów ogólnych, by nie być gołosłownym:

 

Teraz powolutku zaczynam planować kolejny sezon, w którym pojawią się, uwaga, uwaga – pszczółki. Ale o tym kiedy indziej.

Co słychać na tarasie?

Co słychać na tarasie?

Rozpoczęło się kwitnięcie dzikiego wina, którym opleciony jest cały balkonowy warzywnik. Odgłos jest nieziemski. Czujemy się jak w środku wielkiego ula. Posłuchajcie:

Obładowane nieziemsko pyłkiem, buszują po balkonowych płytkach, a potem niezdarnie szukają drogi powrotnej trafiając prosto w cieniówkę. Setki pszczół.

Taka akcja trwa kilka dni. Wkrótce dzikie wino przekwitnie i znów słychać będzie głównie trzmiele, które wiernie odwiedzają taras przez cały sezon.

 

 

 

Kończy się czerwiec

Hybrydek bakłażan

Kapryśny miesiąc, który przyniósł ze sobą całą masę problemów. Najpierw szalone upały. Nie nadążałam z podlewaniem, potem zimno i deszcz na przemian z huraganowymi wiatrami, które targały roślinami wysysając z nich życie.

Te na dokładkę połamały mi pomidory donicowe, które stały pod chmurką na ganku. Ech…

Całe spektrum grzybowych problemów na ogórkach i pomidorach zmusiło mnie do użycia pełnej gamy oprysków eco. Poszły w ruch opryski prewencyjne z mleka, propionianu wapnia, oleju rydzowego ( to na przędziorki, które rozpanoszyły się w bakłażanach) a nawet poliversum na mączniaka. Sytuacja nieco się poprawiła, ale utrzymujące się zimno niestety nie pozwala roślinom na pełną rekonwalescencję.

Zbiory.

Dojrzały pierwsze ogórki i pomidory. W tym roku najwcześniejsze okazały się Perła Ogrodu i Pendulina Orange.

Ogórek Iznik, pięknie zaowocował, zebrałam już z niego 7 pełnowymiarowych sałaciaków, ale dopadł go mączniak i razem z deszczem i niską temperaturą zmusiły go do wyhamowania. Część zawiązków zaczęła obumierać, część jeszcze walczy. Niestety widać wyraźne, że ma problemy z pobieraniem z podłoża, bo na owocach pokazała się cała paleta niedoborów mineralnych. Przykre. Mam mimo to  nadzieję, że kilka ogóreczków jeszcze będzie miał.

Zaczęła nieśmiało kwitnąć cyklantera, już nie mogę się doczekać jej podchrupywania.

Bakłażany owocują choć nie bez przeszkód. Dokuczają im nieziemsko przędziorki mimo moich usilnych zabiegów. Co siedem dni oprysk z oleju rydzowego jakoś trzyma w ryzach populację. Może teraz przy niższej temperaturze i większej wilgotności łatwiej będzie nad nimi zapanować, choć akurat te warunki samym bakłażanom nie służą.

Przy okazji. Mam donicę w której posadzone były dwa okazy oznaczone jako Red Turkish. Ciekawostką jest, że jeden z nich ma inne liście i owoce. Od początku wyglądał mi podejrzanie, bo liście miał jak talerze w dodatku oprawione charakterystycznym dla wielkoowocowych odmian puszkiem. Myślałam, że to omyłkowo zrobiony opis, do momentu gdy zakwitł, a z kremowo-fioletowych małych kwiatków, bardziej przypominające kwiaty ziemniaka niż bakłażana, zaczęły zawiązywać się owoce. Są jajowate, czyli nie takie jak powinny być, ale uwaga… w przypominające Red Turkish paseczki. Na razie są malutkie, trudno więc domyśleć się koloru jaki będą miały w dorosłości, jednak jestem przekonana, że roślina jest naturalnym F1 sporządzonym w poprzednim sezonie przez jakiegoś tarasowego trzmiela. Nie mam pojęcia z czym mógł się skrzyżować mój zeszłoroczny Red Turkish, bo na tarasie i pod tarasem było sporo różnych odmian. Jednego jestem pewna, jedyną pasiastą odmianą jaką w tym roku siałam z powodzeniem była Listada de Gandia, i dziwny hybrydek na bank nią nie jest. Jego kwiatki nie są białe jak w przypadku Red Turkish, mają delikatne fioletowe zabarwienie, ale ich wielkość i obfitość w gronie jednoznacznie wskazuje na pokrewieństwo z Turkish. Ot zagwozdka 🙂 Czas pokaże co wyrośnie i czy będzie jadalne.

Cucamelon w końcu zaczął się wspinać po podporach, ale nie widać by chciał kwitnąć. Zakwitły natomiast melony, chociaż podobnie jak ogórek chorują. Na razie tylko męskim kwieciem. W foli kwitną niebywale obficie i nawet zawiązują, ale zawiązki w większości opadają. Niestety nie podcinałam ich, jak radzą znawcy tematu, za trzecim pędem bocznym, i wyrósł mi gąszcz nieziemski, który na dokładkę poplątał się z rosnącymi w sąsiadujących donicach arbuzami. Ciekawe czy doczekam się jakichś owoców.

Co jeszcze? Acha, zbiory groszku były całkiem pokaźne. Zamroziłam je po krótkim zblanszowaniu na parze ( 5 minut w parowniku) Skończyły się tarasowe sałaty, na wykończeniu są też cebule dodawane systematycznie do sałatek. Nieustannie owocują truskawki, a rodzynek Aunt Molly produkuje ilości owoców nie do przejedzenia. Bób mimo słabego zawiązywania wydał na świat miseczkę potomstwa. Jeden obiad i po temacie. Muszę z niego zrezygnować, Najmniejszego sensu nie ma uprawa w donicy. Lepiej w to miejsce posiać fasolę. Ta też niestety się nie udała w tym roku. Kiepski zbiór, ale trochę w tym mojej winy bo nie dosiałam jej tak jak powinnam, gdy część roślin obumarła. Spokojnie można by jeszcze ją dosiać, tylko to zimno…

… przyszło w momencie gdy zaczęły dojrzewać pomidory, to je niestety opóźni, szkoda, bo zaczęły już się zapalać po kolei wszystkie koktajlowe, a wielkoowocowe nabrały solidnej masy. Mam jednak wrażenie, że  pomidorów będzie mniej niż w zeszłym roku. Szczególnie tych dużych. Jest dopiero koniec czerwca, a rośliny już nie są w idealnej kondycji. Ale nie desperujmy. Sporo odmian ładnie kwitnie na wyższych piętrach.

Muszę zacząć wysiewy poplonu, bo coraz więcej dziur w skrzyniach. Sama nie wiem na co postawić przy tej dziwnej pogodzie.

Upały na przemian ze spadkami temperatury poniżej 10 stopni nie w smak są żadnemu warzywu, i jeszcze te wiatry. Wycinajmy więcej lasów, używajmy więcej chemii, jak tak dalej pójdzie zafundujemy sobie Interstellar, ech. Gdzie są ekolodzy?

Maj 2018, podsumowanie miesiąca.

Maj 2018, podsumowanie miesiąca.

Maj 2018, podsumowanie miesiąca.

Maj minął pracowicie. Czas pędzi jak szalony. Najpierw arktyczne noce, zmuszające do czekania z zostawianiem donic na balkonie, potem palące słońce i 30 stopniowe upały w dzień na przemian z zimnymi nocami poniżej 5 stopni. Deszczu brak kompletny, a gdy już zebrało się na ulewę, zaraz po niej moje pomidory zapadły na dziwną dolegliwość, która nie na żarty mnie przestraszyła. Nadal nie do końca jestem przekonana czy diagnoza była trafna. Tak czy inaczej sytuacja wygląda na opanowaną. Opiszę ten przypadek oddzielnie, bo może komuś przytrafi się podobna historia.

Papryki mocno oberwały przez przetrzymanie w kubkach. Niedobory wapnia doprowadziły aż do nekrotycznych wykruszeń. Nie wspominając o powykręcanych liściach. Na szczęście po przesadzeniu do dużych donic w zasobną ziemię, powoli doszły do siebie i już owocują.

Eksperyment z wczesnymi ziemniaczkami dobiegł końca. Garstka małych bulw nie była imponująca, ale jeden obiadek dla jednej osoby był. Myślę, że gdyby miejsce było bardziej nasłonecznione uprawa byłaby bardziej wydajna. A tak, miałam pnącze ziemniaczane w skrzynce. Wysokość roślin przekroczyła 80 cm. I  z tego powodu jak i z racji na słabnącą kondycję roślin wykopki były nieco przedwczesne. Myślę, że jeszcze dwa, trzy tygodnie podwoiły by zbiór.

Zaczął owocować groszek, pomidory kwitną i zawiązują ładnie owoce. W ziołowym ogródku pięknie rozrasta się szałwia i trawa cytrynowa.

Troszkę problemów mają truskawki. Zbyt krótki okres odpoczynku teraz na nich staje się widoczny. Kwitną i owocują, ale bardzo szybko starzeją im się dolne liście. Pojawiły się też niedobory potasu na liściach. Po zasileniu nawozem organicznym do truskawek, prawie zniknęły. Owoce są smaczne.

 

Dostałam nasionka mini pak-choi  od znajomej. Najmniejsze warzywo świata normalnie. Żeby się tym najeść musiałabym chyba obsadzić cały balkon tylko tą mini kapustką.

A tak pozwoliłam jej zakwitnąć.

 

Pięknie rozrastają się moje dwa ogórki Iznik. Może w tym roku oda mi się w końcu skosztować tej odmiany. Wykiełkowały Cucamelony, ale jakoś bardzo powoli rosną.

Kastra z bobem została wyniesiona bo zasłaniała słońce skrzynkom z melonami, dokończy owocowanie na schodach przed domem. Nie będzie w tym roku szalonej ilości bobu, w zasadzie zawiązało się tylko po kilka strąków na każdym krzaku. Nie wiem czemu, bo trzmiele prawie zamieszkały w tej kastrze. Ekonomicznie kompletna klapa. Ale to już wiedziałam zanim je posadziłam. Strąki wyglądają pękato.

Z owadów gościnne występy miała pewna gąsienica, bardzo ładna i żarłoczna ( Paź Królowej). Została wyproszona, bo upodobała sobie donicową marchewkę.

Mączliki próbowały zaklepać miejscówkę z jarmużu. Po prysznicu z oleju rydzowego zrezygnowały. Mszyca na rumianku i bakłażanach, ale nie w ilości której nie można ściągnąć ręcznie.

Miałam też osę, która zrobiła gniazdo nad drzwiami. Zastanawialiśmy się rodzinnie czy pozwolić jej wychować potomstwo, ale rozsądek zwyciężył i gniazdo zostało usunięte delikatnie razem rodzicielką. Nie była zachwycona i wcale się nie dziwię.

W dużej skrzyni zadomowiły się pszczoły – porobnice włochatki. One dostały zezwolenie na gniazdowanie i być może zostaną na dłużej. Co ciekawe to ta sama skrzynia, w której mieszkał w zimie mysior, a potem kocisko przychodziło robić sobie kuwetę.

Kot już na taras nie przychodzi na szczęście. Jest zbyt leniwy by slalomem przeciskać się przez gąszcz dzikiego wina. Opanował pomieszczenie gospodarcze i chyba jest zadowolony z życia.

Były też zbiory koperku i sałat. Koperek Herkules okazał się mało aromatyczny niestety. Wolę Lucullusa. Ale jest co jest. Już poszedł do zamrażarki.

Niestety w tym roku niezbyt mi wyszła fasolka, z której byłam dumna przez kilka poprzednich sezonów. Długo kiełkowała, nie wzeszła cała którą wysiałam. Wygląda, że w tym roku trochę kichowato. Może jeszcze posieję drugą partię.

Pięknie natomiast rozrósł się rodzynek brazylijski Aunt Molly i już zjedliśmy z niego pierwsze owoce.

Taki był maj w balkonowym warzywniku.

Jako, że moje warzywnikowe poczynania rozrosły się o kawałek pojemnikowo-gruntowego ogrodu, mam coraz mniej czasu. Do obsługi doszedł foliak 3x5m pomidory, cukinie i dynie w gruncie, oraz 12 skrzyń różnej wielkości z mieszankami warzywnymi.

Trochę to utrudnia działania blogerskie. To i fakt, że nadal nie mam stałego internetu. 

Ale dam radę. Już szykuję artykuł o nawożeniu pomidorów i papryk. Moje tegoroczne doświadczenia sporo mnie nauczyły.

 

PORADNIK OCHRONY POMIDORA W GRUNCIE

PORADNIK OCHRONY POMIDORA W GRUNCIE

Szukając opisów niedoborów na liściach bakłażanów, znalazłam opracowanie Instytutu Ogrodnictwa z Skierniewicach pt. PORADNIK SYGNALIZATORA OCHRONY POMIDORA W GRUNCIE  ilustrowane w kilku miejscach moimi zdjęciami. Mam Was   No wiem, nie można oprzeć się tak pięknie wypielęgnowanym niedoborom Szkoda, że nikt z osób, które pracowały nad tym poradnikiem nie napisał do mnie, dałabym foty w lepszej rozdzielczości, a tak trochę są jak bez rutinoskorbinu. No nic. Może następnym razem. W każdym razie polecam się pamięci.


Poradnik bardzo przydatny. Wprawdzie bardziej w gruncie niż na balkonie, ale część o niektórych chorobach i niedoborach dotyczy również skrzynkowego chowu. Polecam więc Wam lekturę w wolnej chwili 🙂

Informuję Cię, że strona używa plików cookies(tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. możesz zaakceptować pliki cookies albo wyłączyć ich używanie w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje. więcej informacji o plikach cookies

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close