Świat według Nikity

Świat według Nikity

Już minął rok? Ano już. Jak z bicza strzelił. A jeszcze niedawno była małą puchatą kulką z klapaciastymi uszkami. Teraz ma własny profil na istagramie, uczy się  obi i agility. Uprawia canicross, naprzemiennie z wylegiwaniem się na kanapie.  A w wolnych  chwilach lata za fresbee, co jak się wydaje, bardzo jej odpowiada.

Niesamowite jak szybko psie dziecko rośnie i zmienia się.

Nasza włochata kluska, która płakała całą drogę do  domu i próbowała uciec do bagażnika, zamieniła się w piękną i prawie 🤣 zrównoważoną pannicę. Przewróciła nasz rodzinny świat do góry nogami i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Ukoiła mój ból po stracie Amiry i przypomniała całej naszej rodzinie, że pełna rodzina to 4 + pies ( na dziś dzień 😉 ) . Pamiętam kiedy zobaczyłam ją na zdjęciu wysłanym przez Agnieszkę, a było to po przeglądnięciu chyba wszystkich miotów jakie akurat wtedy były w Polsce. Popatrzyłam na ten rozziewany w stresie pyszczek i już wiedziałam, to Ona. Nasza psia dzidzia. Do kochania, rozpieszczania i po prostu bycia z nami. I niech sobie borderomaniacy mowią co chcą, border nawet jeśli stworzony do pracy, to towarzysz człowieka. Najcudowniejszy pod słońcem, choć nie przeczę, że wymagający.

Wiele się w tym czasie zmieniło. Przeszłam kolejne stopnie wtajemniczenia w zoopsychologii. Uzyskałam dyplom zawodowy, mówiący o tym, iż jestem gotowa radzić innym w ich problemach. Czy czuję się gotowa? Trudne pytanie. I tak i nie. To zależy.

Nikita zmienia się i przeobraża, a ja razem z nią.

Świat według Nikity

Hej co jest? Tu mnie miziaj, no i jeszcze tu mnie masuj. No miziaj. Jej pchająca się pod moją rękę głowa, mówi nader wyraźnie o co chodzi. Kocha mizianko po brzuszku i masowanie ramionek. Bez tego co to byłoby za życie. No i po co byłyby mi ręce. No dobra, może jeszcze do szarpania szarpakiem się nadają, chociaż i tak jestem według niej w tym beznadziejna. Nie oznacza to jednak, że da się dotknąć każdemu i wszędzie. O nie, nie. Bardzo szanuje swoją strefę prywatną i nie ma mowy o nadużyciach w tym względzie. Niemniej wylegiwania się w naszym towarzystwie nie żałuje sobie nigdy. Myślę, że w skrytości serca uważa, że psie legowiska są dla frajerów,super psy jakim jest, wylegują się na kanapie, upychając wszystkich po kątach. Buda, sto kocyków, pontony, e tam. KANAPA!

Żaden pies w moim domu nie spał ze mną w łóżku. Żaden. Pamiętam jak zarzekałam się, jak żaba błota, że i tym razem nie dam się zmanipulować. Ha, żaden z moich psów nie był bezczelnym borderem, stwierdzającym, że owszem ona zasady szanuje, nie będzie wchodziła na łóżko wieczorem kiedy zasypiam. Wejdzie w nocy, jak już zasnę. Przecież wtedy już nikt nie oponuje, czyli można Rano budzimy się, a między naszymi twarzami leży psi pysk pomlaskujący w półśnie. I rób co chcesz Mogę ją zgonić, tylko co to da, oprócz wzroku mówiącego No wiesz, serce mi łamiesz. To ja Cię ogrzewam własnym ciałem a Ty mi tak w nagrodę…?

Nikita kontra człowiek.

Chyba nigdy z obcymi ludźmi Nikita nie będzie za pan brat. Trochę nawet powiedziałabym ostatnio drażnią ją bardziej. Może to jeszcze ta dzika faza z końca dojrzewania, a może po prostu taka jest i tyle. Wygląd jej nie ułatwia. Niki, nie dość, że urodziwa to w takim małym miasteczku jak nasze, bardzo wyjątkowa. Bordery są może ze trzy w porywach do czterech, a o umaszczeniu merle nie ma mowy. Ludzie nie zawsze są w stanie nawet skojarzyć jej wygląd z rasą, więc często słyszę ” o jaki piękny mieszaniec”, albo To taki hask z czymś pomieszany?” Nikita chyba nie przepada za tymi wywodami o jej pochodzeniu, okraszonymi zazwyczaj dość gwałtownymi ruchami ze strony ludzia, bo reaguje nader wrażliwie, z miejsca leci z japą:  Nie patrz nawet na mnie, bo Ci zaraz zaprezentuję jakie mam pochodzenie. Co powiedziałeś? Co powiedziałeś? To do mnie było? Nie jestem żaden mixowany haski!!! Jazgot nieziemski, jakby chciała człeka zeżreć. Co zazwyczaj jest kwitowane czymś w stylu Ojej, ale agresywny. Powinna go pani wychować. Nooo. Wiem, powinnam i wychowuję. Ile tylko mam mocy w sobie. Tylko ludzkie niezrozumienie psuje mi w tym totalnie szyki.

Przeciętny człowiek uważa bowiem, że pies powinien mieć nerwy ze stali i zgadzać się na wszystko. Ludzie ogólnie nie widzą nic złego w naruszaniu przestrzeni prywatnej psa, choć sami swoją przestrzeń szanują, i nie zdzierżyliby tego co sami robią. Przecież to pies, powinien sobie radzić z maksymalnym stresem, zagrożeniem i absurdalnymi dla niego zachowaniami obcych ludzi, typu wymachiwanie kijkami od nordiku, czy pochylanie się i wyciąganie rąk do pyska w połączeniu z zagadywaniem w obcym języku. Czasami to mam ochotę w odwecie tak podejść z nienacka i poklepać tego człenia po twarzy, powarkując przy tym i poszczekując. Ciekawe czy nie uznałby tego za zagrożenie ze strony wariatki

Ale co tam. Ogarniemy i to. Z czasem nauczy się ignorować ludzi mam nadzieję, nie wróżę jednak w jej przypadku dzikiej radości i klejenia się do obcych. I w zasadzie to nawet się z tego cieszę. Lepiej jasno dawać do zrozumienia, że sobie czegoś nie życzysz, niż się czaić, a potem nie zdzierżyć.

Komunnikacja trudna sprawa.

Co do psów, jest różnie. Nadal szukamy najlepszych przyjaciół ever, ale póki co uczymy się nie reagować stresem czy ekscytacją gdy pojawia się jakiś piecho na horyzoncie. 

Niestety Niki dalej „borderuje”, czyli przypada plackiem do ziemi i wgapia się koszmarnie. Przyglądając się uważniej widzę już z kilka odmian tego przypadania do ziemi. Z pozoru każde wygląda tak samo, ale…uwaga, wcale tak nie jest. Niuanse czynią tą strategię radzenia sobie w stresujących sytuacjach, bardzo zróżnicowanym narzędziem okazywania emocji. Od zwykłego nie wiem co zrobić, przez jestem ciekawa ale trochę się boję, po absolutnie nie podchodź do mnie. Jeszcze 3 miesiące temu, nie widziałam tych różnic, dziś patrząc na nią wiem co próbuje zakomunikować psu i zazwyczaj wiem, co za chwilę nastąpi ( z jej strony).  Za zapobieganiu takim sytuacjom przemawia jednak nieprzewidywalny rozwój sytuacji ze strony komfratera. Gdy bowiem pies nie wytrzyma jej borderowego wgapiania, co jest nader częste, i rozszczeka się w poczuciu zagrożenia, odpowiedź wygląda tak: Czego się na mnie drzesz durny zgredzie!!! Ja też potrafię szczekać!!! Co patrzeć nie można!!! Palant!!! No nijak nie można nazwać tego kulturalnym i prowadzi do eskalacji konfliktu, zamiast go ostudzać.

Nie zawsze jednak tak jest. Bywa, coraz częściej, że uda się przekonać ją do pozostawienia dyskusji w mojej gestii. Dziś musieliśmy się minąć na wąskiej leśniej ścieżce z borderką, która niespodziewanie wyszła zza zakrętu. Borderka luzem, my na smyczy. Niki w odległości 6m już plackiem na ziemi, nie da rady zejść na bok, ani się cofnąć, bo po bokach chaszcze po szyję, a na ucieczkę jest za późno. Stoimy więc, ja wychodzę krok przed leżącą Nikitę, Michał się lekko cofa, ale zostawia luz na smyczy, bo to do Jego pasa jest przypięta. Sunia z drugiej strony nastawia uszy, podchodzi na 2 metry na sztywnych nogach i….co robi jej Pani…otóż wysyła ją na nas ciałem, mówiąc „niech się Państwo nie boją, ona jest bardzo grzeczna”. Strzał w naszym kierunku i wszystkie zęby na wierzchu z jazgotem, biedaczka zrozumiała, że ma ruszyć na nas. Niki strzela w odpowiedzi na smyczy w jej kierunku, ale ja jestem szybsza ( też bardziej zwracałam uwagę na Pani ruch niż na słowa) i już stoję między nimi. Nikita stopuje. Borderka próbuje mnie ominąć, ale tu o zgrozo dla niej, jej własna Pani zdradza ją okrutnie, dobiega, łapie za fraki ( bo sunia nie ma obroży, ani szelek) i brutalnie odciąga, przepraszając nas i opierniczając swoją w gruncie rzeczy bogu ducha winną psinę: ” ja bardzo przepraszam, nie wiem co ją opętało”. No cóż, bywa i tak. Niki nawet się nie otrzepała, to ja w zasadzie w tej akcji konfrontowałam się z adwersarzem nie ona, więc psychicznie nie kosztowało ją to zbyt wiele, czego nie można powiedzieć o parze z naprzeciwka, gdzie sunia dostała burę za w jej mniemaniu wykonanie powierzonego zadania, czyli odstraszenia ścieżkowego intruza. Przy tym wszystkim nie miała szansy przekonać się, że Nikity przyczajka to nie poważna groźba, tylko sztubacki brak pewności siebie. Gdy jej przewodniczka dała jej bezwiednie sygnał do natarcia, nie było czasu na przemyślenia. Żal mi było biduli.

Z innej beczki.

Ostatnio mieliśmy okazję sprawdzać Nikity wrażliwość na dźwięki. Tak się jakoś samo złożyło. Spacer w burzy? Proszę bardzo. Huk, wystrzały, trzepanie dywanów, nie ma problemu. Wystraszyła się tylko raz z powodu dźwięku, gdy stara ciężarówka z zaskoczenia wydała z siebie ten dziwny syczący dźwięk. Nikita akurat stała tyłem do drogi, więc w pierwszym odruchu podskoczyła jak koziołek i ruszyła do przodu, po czym po kilku sekundach cwału odwóciła się, i ruszyła z powrotem z japą na całe podwórko. Jak śmiał burak przebity widłami, wystraszyć ją swoim rzęchowatym piskiem! Myślałam, że skonam ze śmiechu.

Przepracowane i nieprzepracowane problemy

Samochody i rowery – pełen sukces. Wartało konsekwentnie krok po kroku przepracować temat. Linka luźna, człeń spokojnie przejeżdża obok. Na wąskiej ścieżce, dołożyłam komendę na bok, która oznacza, że schodzimy jak najbardziej się da do prawej, przepuszcając rower. Działa pięknie. Jeśli chodzi o auta, to trochę ją niepokoją te robiące dużo huku, widać po uszach i ogonie, że chce by jak najszybciej ją minęły, ale nie robi już żadnych przyczajek. Swobodnie można zostawić jej długą linkę przy ulicy. Nic sie nie wydarzy złego.

Mijanie przechodniów w mieście nigdy nie było mega problemem. Raczej zaglądała ludziom do siatek, niż próbowała się dystansować. Ale od momentu wyjazdu na wieś, troszkę temat się skomplikował. Natenczas omijamy więc przechodniów, tak na wszelki wypadek. Za jakiś czas skrócę znów dystans i zobaczymy. Tu jest mniej ludzi niż w mieście. Tam gdzie człowiek za człowiekiem przetaczał się po chodnikach, odcinała się od zalewającego ją bodźca, tu spotyka jednego ludzia na dzień, więc może sobie powydziczać, że idzie po jej chodniku.

Troszkę też nadal zbyt stymulują ją biegacze. Ostatnio minął nas jeden, który nawet zagadał do mnie w pędzie: Gryzie? Ja Mu na to: Jak to pies 🙂 Nikita jednak nie podjęła tematu i tylko lekko napięła linkę gdy nas mijał. Brawo! Innym razem niestety, puściła się człeniowi do trampek. Mimo jasnych sygnałów z mojej strony, że mijamy na odległości, ale ten nadbiegał z naprzeciwka. Jeszcze to dla niej za trudne. Niemniej idzie ku lepszemu, wiem że damy sobie z tym radę. Tu trzeba jak w tym kawale gdzie przechodzień pyta gostka jak się dostać do filharmonii: ” ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć”. Muszę tylko skutecznie nakierować ją na rozwiązanie, które jest zdecydowanie lepsze dla jej psychiki i bardziej społecznie porządane. Wierzę, że w końcu się uda.

Nadal pracujemy nad dziką zwierzyną, bardzo powoli schodząc z linki. I jak się zastanowić, to niedawno odniosłam spektakularny sukces, bo sarniak skoczył jej prawie spod nóg. Zastygła, a ja zdążyłam wypowiedzieć magiczne zaklęcie „nie polujemy”. Ćwiczymy je od dawna i jeśli uda mi się je wypowiedzieć zanim iskra z mózgu trafi jej do nóg, to jest skuteczne. Tyle, że dotychczas było stosowane tylko w przypadku myszy, jaszczurek i węży. Na sarniaku do tego momentu nie testowane. Odwróciła się do mnie, usłyszała „Super dziewczyna, idziemy” i nawet się linka nie napięła. Nie zawsze jednak uda się zareagować w porę. Na polach za domem pognała mi ostatnio za zającem. Tam chodzimy luzem. Wystraszyłam się nie na żarty, ale teren jest na szczęście dość daleko od dużych dróg i miałam nadzieję, że jak już odzyska mózg to szybko trafi z powrotem. Jak mnie mijali ( zając i Nikita) aż piszczała z frustracji, że nie może go dogonić, byłam więc pewna, że nie odpuści nawet jak jej zniknie w krzakach. Zaskoczyła mnie, wróciła szybcej niż się spodziewałam. W zasadzie tylko na chwilę straciłam ją z oczu. Moja dziewczyna!

Piłeczka dla motywacji

Wszyscy mówili od początku – nie rzucaj jej piłki. Fiksacje, gonienie obiektów, same straszne rzeczy. A tu na treningu trenerka Jagna mówi, kup lagę z piłką i napitalaj ile wlezie, bo Twój border jest jak nie border No i masz. Teraz zamiast szarpaków przerzuciłyśmy się na piłki i dyski. Rano, rozgrzewka i idziemy na boisko by pogonić za jednym albo drugim.  A w drodze powrotnej jeszcze aportowanie jabłek, chyba że się jakiś zając trafi .

Reasumując dorastanie trwa. Raz jest łatwiej, raz trudniej, niemniej cały czas do przodu 🙂 Stare problemy mijają, w ich miejsce czasem pojawiają się nowe, a czasem nie.

Ach te bordery 😉 jak powiedziała znajoma trenerka to mojej koleżanki, która przyszła z  zestawem pytajników dotyczących jej borderówny.

Tak właśnie…Ach te Bordery 😉